„Ja szedłem za nim, lecz uszliśmy mało, kiedy huk wody rozległ się tak blisko,
że się słów własnych prawie nie słyszało. Jak ona rzeka co ma swe łożysko
od Monte Vesco dalej ku wschodowi, gdzie stok Apenin lewy zbiega nisko,
i co się najpierw Acquacheta zowie, nim się na niższe tory znów przewali
i pod Forli tej nazwy nikt nie powie, w San Benedetto potem jasnej fali
z hukiem się stacza błyszcząca kaskada, gdzie wielu trza, by z onej korzystali,
tak tutaj z brzegu wysokiego spada ciemnych wód masa, co jej nic nie wspiera,
i w krótkim czasie słuchowi cios zada.”

Dante Alighieri „Boska Komedia”

Zanim jednak dotarliśmy do celu czekała nas droga samochodem do San Benedetto in Alpe. Niedługa ale kręta i malownicza. Oczywiście nie mogło obyć się bez postoju i pytania postronnych ludzi o drogę. Najpierw siostra zakonna, która chciała nawet jechać przed nami samochodem i wskazać parking, z którego dalej należało udać się piechotą. Jednak kolejna dobra dusza, pod postacią tutejszego technika od budowy, wsiadła w swój samochód i poprowadziła nas do miejsca postoju. Och! jacy tu są mili ludzie i bardzo chętni do pomocy. No dobra… o siestę nie musimy się martwić. Bo przed nami około 6 kilometrów i ponad dwugodzinny marsz w jedną stronę.

google-droga

Na szczęście różnica wysokości to niespełna 300m. Więc też niedużo 🙂 Zrobiło się bardzo ciepło. Nie wiem czy południe to dobra pora na wycieczkę. Ale zagłębiając się w las okazuje się, że słońce nie jest już takie uciążliwe. Wręcz przeciwnie… przebijając się pomiędzy gałęziami prezentuje nam niezwykłą grę światła i cienia, a rozświetlone korony drzew raczą nas swoją intensywną i uspokajającą zielenią. Właściwie nie! Patrząc na to widowisko nie można być spokojnym! Całości dopełnia szum krystalicznie czystej rzeki płynącej tuż obok, co i rusz raczącej nas swoimi naturalnymi kaskadami. Snuje się, wije i ciągle zachęca do bliższego spotkania. Nie trzeba nas długo prosić. W ogóle nie trzeba nas prosić. Zatrzymujemy się, odchodzimy od szlaku, robimy setki zdjęć i radujemy wszystkim co nas otacza, ratując przy okazji dziesiątki żuczków, leżących na grzbiecie i machających do nas swoimi nóżkami.

Okazuje się, że pomimo naszych częstych postojów i najtrudniejszego ostatniego podejścia, droga zajęła nam niespełna dwie godziny. Naprawdę nieźle 🙂  Tym bardziej, że Maja wybrała się na tę wyprawę w swoich ulubionych sandałkach. Nie przeszkadzało jej przeskakiwać pomiędzy kamieniami i korzeniami drzew niczym górska kózka. A już teraz przed nami Cascata dell’Acquacheta – wodospad, o którym wspomina Dante w swojej Boskiej Komedii. Niestety lato nie jest najlepszą porą by cieszyć się jego okazałością. To nic.

Kawałeczek dalej jest jeszcze jeden wodospad, równie piękny… Do niego możemy zbliżyć się i poczuć jego przeszłość. Wrzucając do wody kilka kamieni robię sobie przeprawę. Muszę dostać się bliżej! 🙂

Czyż nie jest tu pięknie? Nam brakowało słów. A jak musi tu być podczas większych deszczów, albo po zimie… ? A teraz czas wracać. Tą samą drogą. Wśród tych samych pięknych widoków. Ratując kolejne żuczki. Zachwycając się tą niezwykłą zielenią, krystalicznie czystą wodą i błękitem mieszającym się z ciepłym słońcem, przebijającym przez korony drzew. Zachwytów cała masa… Zostawiam Was już tylko ze zdjęciami i krótkim filmem na samym końcu.

… i film 🙂

Print Friendly