Wreszcie doczekaliśmy się wylotu do Szwecji. Co prawda to tylko 8 dni – ale jakże wyczekiwane. Wczesna pobudka, szybka kawa i ostatnie dopakowanie bagażu. Tym razem bardziej komfortowo odlatujemy z Chopina a nie z Modlina. Chociaż trzeba przyznać, że ten ostatni wygląda zdecydowanie lepiej niż 3 lata temu. Moje zdziwienie natomiast wywołała wielkość lotniska na Okęciu. Pracownicy punktualnie rozpoczęli odprawę. Ani minuty wcześniej! Poszło jednak szybko. Jedna mocno upakowana walizka nadana, a dalej powędrowaliśmy już tylko z dwoma podręcznymi bagażami. Dziewczyny dodatkowo miały malutkie plecaki ze swoimi drobiazgami.

Kontrola bagażu podręcznego przyprawiła chyba jednak wszystkich dookoła o niezły humor. Wypakowaliśmy do koszyczków całą elektronikę. Laptop, telefony, aparat i PS VITA Natalki sprawnie przejechały przez skaner. Bagaż z ciuchami również nie sprawił kłopotu. Okazało się jednak, że Maja zabrała ze sobą swoją konsolę i trzeba było wypakowywać jeszcze jej bagaż. Ale to nic w porównaniu z tym co wydarzyło się dalej.

Dziewczyny przeszły przez bramkę bez zająknięcia (no bez zapiszczenia). Ja pozostałem przepychając resztę koszyczków i jako ostatni z ogromnym zadowoleniem mogłem także przejść. Ale nie!.  Musiało zapiszczeć. Ach już wiem! Pasek ma przecież metalową sprzączkę. Odsłaniam więc swój brzuch pokazując celniczce, że pasek podtrzymuje moje za duże spodnie. Nie ma opcji. Trzeba wyciągnąć pasek. Cholera jasna! nie sądziłem, że aż tak schudłem. Zjeżdżające z tyłka spodnie zdążyłem złapać przy kolanach. Szybkim i zwinnym ruchem wróciły na miejsce powstrzymując ciekawski wzrok wszystkich podróżnych. No ale to nie mógł koniec kłopotów:) Problemem okazał się brak możliwości posługiwania się dwiema rękami. Jedną musiałem przecież trzymać spodnie. Drugą wrzuciłem pasek na taśmę i dalej przesuwałem koszyczki. Tym razem przez bramkę przeszedłem bez zająknięcia. Teraz trzeba było jednak ogarnąć się. Próbuję więc przesuwać koszyczki, przekładać elektronikę do plecaka i w tym samym czasie trzymać spadające z tyłka spodnie! Cholera…. położony przeze mnie pasek zaczyna wciągać w taśmę… bo nie leżał w koszyczku. Przestaję przekładać elektronikę łapiąc pasek. Nie udaje się. W ekstremalnie niekorzystnej sytuacji  angażuję drugą rękę… byle tylko ratować pasek. No tak! Ale przecież spodnie zjeżdżają. No i masakra. Wywalona elektronika, przejeżdżający koszyczek, spodnie praktycznie na podłodze a pasek z ledwością uratowany. Panika!

Na szczęście… sytuację uratowała obsługa spowalniając kolejnych podróżnych. Niezapomniane wrażenia.

Później miało być już łatwiej. Niestety Majkę w tym 75-minutowym locie naszedł strach i płacz. Na szczęście opanowany przez Asię!…

 

Print Friendly, PDF & Email