Plan na ciepłą, kwietniową sobotę był już gotowy i zaakceptowany przez wszystkich zainteresowanych. Tuż przed jedenastą dopakowuję jeszcze ciepłą focaccię, która dopiero co wyszła z piekarnika i ruszamy szukać guza… Właściwie Guzowa, a w nim pałacu Sobańskich. Po niespełna godzinnej drodze ukazuje się nam właśnie odrestaurowywany późnobarokowy dwór, który w czasach swojej świetności często zmieniał właścicieli, a jego wygląd pod koniec XIX wieku przybrał styl naśladujący renesansowe zamki znad Loary. Niestety nie możemy tam się dostać bo obiekt obecnie jest już w prywatnych rękach. Niewiele myśląc zerkam czy za parkanem nie czai się jakiś wielki czarny pies, otwieram furtkę (bo dzwonka nie ma!)  i wchodzę na teren. Podążam w stronę budowlańców chcąc zorientować się w sytuacji i podpytać o możliwość zwiedzenia chociaż pięknego, rozległego parku angielskiego z trzema stawami, umiejscowionego za dworem. Wrogo nastwieni panowie szybką dają do zrozumienia, że nie ma takiej opcji. Trudno, szkoda, cholera!

Plan awaryjny? Arkadia! To było sprawdzone miejsce i dość przyjemne na spacer. Ale „BYŁO” to dobre słowo. Niby zwiedzających niedużo ale mam wrażenie, że obsługa i klimat wrócił do czasów PRL. Zapłaciliśmy za bilety i właściwie od samego początku czuliśmy na plecach wzrok „strażników”. Pretensje do dzieci, że chodzą z patykami, które rzekomo wcześniej były częścią drzew-pomników (nieopisanych i nieoznakowanych). A tłumaczenie, że dzieci nie niszczą przyrody, że gałęzie i patyki są przyciągane przez ziemską grawitację, było kompletnie niezrozumiałe. Chodzenie po trawie spotykało się z rozbłyskującymi na czerwono oczami rozwścieczonej ochrony, ukrywającej się między drzewami niczym Don Pedro de Pommidore z Krainy Deszczowców. Dotykanie, a już na pewno wchodzenie na kamienie było surowo zakazane. A na łopatki rozłożył mnie zapis w regulaminie, zakazujący fotografowania z użyciem statywu! Kto to wymyślił ?! Dobre, dobre. Później spostrzegliśmy, że na teren zostały wezwane posiłki do obserwacji także innych zwiedzających. Zrobiło się naprawdę komicznie. A zarazem niesmacznie. Z Arkadią żegnamy się na dobre. I generalnie z całą mocą zniechęcamy do tego miejsca, pachnącego przeszłością i mentalnością lat 80 ubiegłego wieku.

Plan awaryjny? Żelazowa Wola!

Jest niedaleko a pogoda nadal dopisuje. Tym razem sprawdziło się powiedzenie „do trzech razy sztuka”. Miło, pięknie i bez przeszywającego na wskroś wzroku z Krainy Deszczowców. Zieleń, magnolie, woda, Chopin, muzyka… i co ważne bez ogromnej masy zwiedzających. Zobaczcie ostatnią galerię…

Print Friendly, PDF & Email