Maj – czas, kiedy odbywają się Pierwsze Komunie. W tym roku także my staliśmy się uczestnikami takiego wielkiego wydarzenia. Mnóstwo przygotowań nie tylko duchowych, dotyczyło również nas – rodziców. Mówiąc szczerze, nie tylko nas 🙂

Jak wszyscy, którzy już mają za sobą to ważne wydarzenie już wiemy, że był to okres ciężkiej pracy. Krzątanina, zakupy, spotkania pierwszokomunijne… to wszystko musieliśmy dołączyć do tego, w czym Natalka uczestniczyła do tej pory. A mało tego nie było – dodatkowy angielski, karate, kółko plastyczne – to wszystko wypełniało, jak nam się wydawało, tydzień po brzegi 🙂 Nic bardziej mylnego. W jakiś wyjątkowy sposób doba się rozciągnęła. Udało upchnąć się spotkania komunijne, zakupy i całą otoczkę Wielkiego Wydarzenia. Tydzień przed Komunią był wyjątkowo zapchany próbami w kościele. Nati musiała zrezygnować ze swoich zajęć dodatkowych. Dla nas ten okres był także mocno napięty. Ale czuliśmy, że I Komunia będzie Ważna dla dziecka.

Niestety obserwując zachowania dzieci, dochodzę (dochodzimy) do wniosku, że I Komunia nie jest wydarzeniem wyjątkowym dla części z nich. Także część rodziców podchodziło do tego bardzo nieodpowiedzialnie i… frywolnie. Zachowania dzieci w kościele – poniżej krytyki. Ale jakie mają być, skoro rodzice dali dzieciom i pozwalali im grać na tabletach, konsolach czy po prostu okropnie się zachowywać. MASAKRA. Bez znaczenia była płeć dziecka. Nawet Natalka była tym zachowaniem negatywnie przejęta i oburzona.

Po tygodniu przygotowywania się w kościele nadszedł czas na przygotowanie stołu i obiadu w domu. Trzeba było tak zorganizować aby się nie przepracować, aby tuż po uroczystości wszystko było gotowe. Udało się. Dziewczyny (małe i duże) przystroiły stół, Asia zabrała się za słodkości, babcia przygotowała gar zupy i galarety, ja uporałem się z mięsem i częścią przystawek. Olbrzymi wkład mieli także Izka i Artur (pożeracz pomidorów). W sobotę wieczorem wszystko było już gotowe. Trzeba było wcześnie iść spać by rano ruszyć na pełnych obrotach. Ubranie Natki, uczesanie, poprzynoszenie reszty dekoracji, posiłków… Trzeba było uporać się szybko bo o 9:30 chcieliśmy być już w kościele. I dobrze… bo dzięki wczesnemu przyjściu fotografowi udało się zrobić zdjęcia. Dzień był ciepły i słoneczny. Po prostu wymarzony.

O 10:00 uroczystość rozpoczęła się. Wszystko pięknie ładnie, dzieci pamiętały wszystko to, co ćwiczyły na próbach. Niestety było kilka mankamentów – bałagan związany z fotografami i kamerzystami, kazanie i długość mszy. To wszystko złożyło się po godzinie na brak zainteresowania uroczystością, a to wszystko przełożyło się z kolei na zachowania dzieci i dorosłych. Zgodnie z ustaleniami miało być dwóch fotografów. Dodatkowych chętnych rodziców kręciło się przynajmniej jeszcze czworo tworząc bałagan. Generalnie – niefajnie. Msza zakończyła się po prawie dwóch godzinach. Patrząc na udzielającą się nudę u dzieci, przeżycia związane z uroczystością i słabnięcie Natki – trwała to ciut za długo. Przeżycia związane z tym dniem wywołały u Natalii prawie 39-stopniową gorączkę trwającą prawie dwa dni.

Po mszy zdjęcia, szybki start do domu i wielkie żarcie. Prezenty Natalki i znowu żarcie. Ból głowy i wysoka temperatura powaliły Natalkę. Musiała się przespać. Przeżycia dały o sobie znać. Koniec dnia nie oznaczał końca wysokich obrotów. Przed nami Biały Tydzień i kolejne rozciąganie czasu. Kolejne nieobecności na karate i angielskim. Co tam. Tylko tydzień. Da się nadrobić. A pięknie wyglądająca Natalka miała ogromną ochotę uczestniczyć we mszach Białego Tygodnia. Odebraliśmy zdjęcia i film. Zdjęcia, zgodnie z zapowiedziami, faktycznie są profesjonalne. Film – mocno przeciętny. Pominięto część rodziców siedzących ciut dalej od dzieci. DVD bez ścieżki Dolby Digital i bez pomysłu na montaż. Nasze produkcje domowe, nagrywane aparatem, wydają się lepiej zmontowane. Na koniec tygodnia – pielgrzymka na Jasną Górę.

Ponieważ Majka miała mieć przedstawienie w przedszkolu, do Częstochowy miała jechać Natka i jedno z nas. Jednak Majka się rozłożyła, u mnie rozkręciła się choroba i nie wiedzieliśmy w jakiej konfiguracji pojedziemy a w jakiej zostaniemy. Ostatecznie do Częstochowy pojechała Natalka ze mną na „haju” – po sporej dawce lekarstw, a Majka na antybiotyku została z Asią w domu. Droga do Częstochowy minęła rewelacyjnie i mimo deszczu sprawnie znaleźliśmy się na miejscu. A tam w błyskawicznym tempie wypełniliśmy plan: toaleta, krótkie zwiedzanie, toaleta, posiłek, toaleta, chwila wolnego, msza św, powrót. Po prawie 12-godzinnej wyprawie znów byliśmy na miejscu.

Wszystko się udało, Natalka zadowolona i uduchowiona. To najważniejsze.

Print Friendly