Na dalekim południu, w Runowie k/Piaseczna, zorganizowano imprezę z okazji Dnia Dziecka. Dla bezpieczeństwa i własnej wygody dotarliśmy tam wcześniej niż „w samo południe”. Grunt nieznany więc niepewności co do jakości imprezy mieliśmy wiele. Od razu piszę: NIEPOTRZEBNIE! bo Wild West City jest doskonale zagospodarowane, czyste i pełne atrakcji. A co najważniejsze – pełne potencjału na dalsze działania pozwalające je urozmaicić.

150531-150135

Na samym początku muszę jednak mocno przyczepić się do istotnych braków. Szanowni organizatorzy! Dla własnej wygody, a przede wszystkich odwiedzających – moglibyście umieścić informacje o cenach i sposobach płatności na swojej stronie internetowej i facebook’owym profilu. To nie jest trudne, a ułatwiłoby skomplikowaną i czasochłonną procedurę dobierania pakietów wejściowych. A tych jest cała masa – też niepotrzebnie. Brak informacji o możliwości zapłaty tylko gotówką – to porażka. Brak możliwości zwrotu niewykorzystanych żetonów wejściowych na dodatkowe atrakcje – to delikatnie mówiąc spore nieporozumienie. Tym bardziej, że wybór pakietów jest niejasny, nielogiczny i mocno utrudniony. Tyle narzekania, czas na pozytywy, których było więcej 🙂

Kiedy już dotarliśmy i wybraliśmy pakiety, dwie Natalki zabrały się za cięcie drewna. W zawodach Drwali konkurenci wymiękli więc wygrana nie była trudna chociaż czasochłonna. A odcięty kawał drewna otrzymał imię Stefan. Z później domalowaną buzią pozostał na szczęście w całości i stał się przechodnim trofeum. Nagrodą natomiast był przejazd psim zaprzęgiem. Oprócz tej dyscypliny – dostępne miały być później pozostałe – wbijanie gwoździ ręką czy przyniesienie jemioły ze szczytu drzewa. Nie udało mi się zlokalizować tych dyscyplin.

W tzw międzyczasie cztery dziewczyny próbowały ze mną wygrać w przeciąganiu liny. He he. Amatorki! 🙂 Wystarczyło odrobinę naciągnąć i poluzować, a wszystkie się wygramoliły! Ile było śmiechu i kurzu 🙂

Dla najmłodszych przewidziane zostały zabawy zarówno na świeżym powietrzu jak i pod dachem, w tym rzuty kapeluszem na rogi bawoła, rzuty lassem (co okazało się niełatwe nawet dla mnie), szukanie złota, indiańska ścieżka, przejazdy wozem traperskim oraz wiele innych. Maja skorzystała oczywiście z dużej nadmuchiwanej zjeżdżalni. Frajda jakich mało (a właściwie jakich wiele). My walczyliśmy na pniach, próbując się na nich utrzymać.

Troszkę starsi uczestnicy mogli wg organizatorów sprawdzić się w walce farmerów, Apaczów, rzutach podkową. Oprócz tych wymienionych mieliśmy okazję zagrać w piłkarzyki gigant. Niestety w czwórkę nie było łatwo. Z Natalką postrzelaliśmy sobie z łuku i winchestera. Tu zdecydowanie Natalka była faworytem.

Dla seniorów, których specjalnie w dzień dziecka nie było widać, przygotowano możliwość skorzystania z licznych gier logicznych, planszowych, karcianych, a także – czego nie doczekaliśmy – w ramach wspierania aktywności miał zostać przeprowadzony NORDIC WALKING po okolicznym lesie Chojnowskim.

Zgodnie z informacjami, przez cały dzień dostępne miały być różne dodatkowe atrakcje jak np. oprowadzanie na koniu, przejazdy drezynami ręcznymi i spalinowymi, możliwość gry w paintball, wybijanie monet metodą tradycyjną, wykonywanie pamiątkowych listów gończych, banknotów i buttonsów z własną podobizną i nie tylko. Niestety części z tych atrakcji po prostu nie widać.

Do godziny 16:00 czas minął nam właściwie szybko i aktywnie. Poszliśmy na cmentarz, popatrzyliśmy na wyścigi psich zaprzęgów, powygłupialiśmy się i najzwyklej w świecie miło spędziliśmy czas. A o wspomnianej 16:00 dziewczyny odebrały swoją nagrodę – czyli przejażdżkę zaprzęgiem ciągnionym przez pięknego psa Haski. Ponieważ było gorąco, a jak wiadomo Haski wolą niższe temperatury, przejazdy były dość krótkie.

Odwiedziliśmy Tipi, w których mieszkały plemiona Czarnych Stóp (Siksika) i Czejenów (Tsis tsis’tas – co oznacza „ludzie”).  Czarne stopy to federacja trzech blisko spokrewnionych plemion Indian Ameryki Północnej zamieszkujących prowincję Alberta w Kanadzie i stan Montana w Stanach Zjednoczonych. W skład grupy wchodziły plemiona: Pikuni (Piegan), Kainah i Siksika, które w XIX w. obejmowały swoją opieką także sąsiednie mniejsze plemiona Gros Ventre i Sarsi. Do dziś wielu z nich zamieszkuje rezerwaty po obu stronach granicy amerykańsko-kanadyjskiej i posługuje się językiem siksika z grupy języków algonkińskich. Istniała też grupa Dakotów o nazwie Czarne Stopy (Siuksowie Czarne Stopy – ang. Blackfoot Sioux). Czejenowie to plemię Indian północnoamerykańskich. Współcześnie wszyscy mówią po angielsku, a ok. 1,7 tys. posługuje się również własnym językiem czejeńskim należącym do rodziny algonkińskiej. Naród Czejenów składał się z dwóch zjednoczonych około 1831 roku plemion – Só’taeo’o (znanych szerzej jako Sutaio) oraz Tsétsêhéstâhese (znanych jako Tsitsistas), co przekłada się na polskie „tacy jak my” lub „istoty ludzkie”.

Po tak intensywnym dniu, lekko przymuleni wróciliśmy do domu na grilla. Odzyskawszy energię, dziewczyny wskoczyły na trampolinę i zabawę zaczęły od nowa. Śmiech, radość, kolorowanie, zabawa piłką i mnóstwo innych wyczerpujących trwały do późnego popołudnia. 🙂

Print Friendly