Praktycznie od razu po zeszłych wakacjach zaplanowaliśmy te w 2017. Ze względu na ilość imprez jakie odbywają się w Marradi i okolicach, padło na sierpień. Dni odliczaliśmy z niecierpliwością. A na miesiąc przed wyjazdem euforia stawała się coraz większa. W domu z kamienia miejsce już było zaklepane. W hotelu Alpinum krótki pobyt także był już dogadany. Jechaliśmy w miejsca, które już poznaliśmy. Jednak z zamiarem jeszcze lepszego wykorzystania czasu i wchłonięcia panującej tam atmosfery.

Samochód zapakowany pod dach. Walizki, przeróżne gry i zabawy, oraz trochę rzeczy na sprzedaż podczas czwartkowego mercatino. Ostatnie wpychanie klamotów przedłużyło się niestety o dobre 40 minut więc ten stracony czas należało nadrobić podczas drogi. Zatem 1050km musieliśmy pokonać bez zbędnych postojów. Po 10 godzinach jazdy dotarliśmy na miejsce. Niby 1500m npm ale ciepło i klimatycznie. Pokój ten sam co w zeszłym roku. Jedzenie znakomite a właściciele hotelu życzliwi jak zawsze. No i widoki… Te zapierają dech w piersi.

Kolejnego dnia, po śniadaniu rozpoczęliśmy intensywne zwiedzanie Karyntii. Zaopatrzeni w imienne Karnten Card za 4 Euro mogliśmy zaszaleć oszczędzając sporo kasy. Ponieważ karty są jednodniowe, musieliśmy jednak na tyle ogarnąć się by móc zobaczyć jak najwięcej. Zatem śniadanie o 8:30 i wyjście na kolejkę linową o 9:10. Ta zjeżdża 20 minut. W około 10-15 minut docieramy na przystań. Statek podpływa po nas o 9:50 by po 10 minutach znaleźć się po drugiej stronie Ossiacher See.

Pędzimy na górę do Burg Landskron. Pierwsze zapiski o tym średniowiecznym zamku pochodzą z połowy XI wieku. Przez stulecia budowla stawała się własnością kilku rodów i szlacheckich rodzin. Później niszczony przez pożary zaczął popadać w ruinę. Dopiero na początku lat pięćdziesiątych XX wieku rozpoczęto prace konserwatorskie dzięki którym zamek przywrócono do stanu pozwalającego na udostępnienie go zwiedzającym. Obecnie na zamku przede wszystkim funkcjonuje hotel i ekskluzywna restauracja do których zwiedzający nie mają swobodnego dostępu. Szkoda! Poza tym organizowane są tu właśnie pokazy sokolnicze. No dobra! Ale gdzie iść? Cholera! I jak się dogadać? Na szczęście grupka ludzi też poszukiwała tego zamku. Doczepiamy się i wspólnie poszukujemy drogi na szczyt. Niestety przez skręcenie nogi przez Asię musimy trochę zwolnić. Ale po godzinie docieramy na miejsce. Właściwie w ostatniej chwili łapiemy się na pokaz orłów, sokołów i sów. Słońce równo daje się we znaki. A na odsłoniętej arenie wręcz nie daje się wytrzymać. Trzeba jednak przyznać… te ptaki, widziane z bliska, robią niesamowite wrażenie.

Czas ucieka… Idziemy przywitać się z małpami. Zamiast 12 Euro, znów legitymujemy się naszą kartą Karyntii. Wchodzimy na teren parku stosując się do zaleceń: „nie karmić”, „pilnować telefonu by małpa nie ukradła”, „nie patrzeć w oczy bo to może być zachętą do walki”, „trzymać się w grupce bo makaki mogą być natrętne i cię otoczyć”. Tu na 4-hektarowym wolnym wybiegu, podczas 45-minutowej wycieczki możemy obserwować 150 Japońskich Makaków, które co chwila przechodzą między nami, skaczą po drzewach, kąpią się, biegają a nawet bujają na gałęziach.

Wychodzimy i po zgaszeniu pragnienia spokojnie podążamy na przystań. Uciekł nam powrotny statek o 13:45 więc i tak musimy czekać na ten o 15:00. Przyda nam się chwila spowolnienia i odsapnięcia od tego pędu. No i teraz w kolejności odwrotnej: statek-kolejka-hotel.

No ale nie możemy poprzestać na tych atrakcjach. Zostawiamy część rzeczy w hotelu i wsiadamy do samochodu. Jedziemy na „Maltę” – najwyższą zaporę w Austrii. Przed nami 80 km do „doliny spadającej wody”. A droga nie jest łatwa. Właściwie jest spektakularna! Pełna serpentyn, ostrych zakrętów, nieoświetlonych odcinków drążonych w skale i naprzemiennego ruchu. Z jednej i drugiej strony pełno wodospadów. Tych mniejszych i tych większych. No i najważniejsze: zapora na wysokości 1933m npm. Sama budowla ma wysokość 200m, długość 626m i szerokość 41m. Do jej wybudowania zużyto 1 580 000 m3 betonu. A powstrzymuje 200 000 000 m3 wody w jeziorze. Wokół piękne góry i nieskazitelnie czyste powietrze. Napatrzeć się nie możemy. Zbocza pokryte śniegiem i piękną zieloną roślinnością. Gębę rozdziawiamy z wrażenia. Spacer po zaporze i wejście na skywalk. Oj! aż w głowie się kręci. Niestety byliśmy już zbyt późno by móc wejść do środka zapory. Może innym razem?

Zbieramy się by w drodze do hotelu zatrzymać się na chwilę nad wodospadem Maltatal. Miejsce urocze. Zieleń soczysta. Znów gęba rozdziawiona. Zresztą sami zobaczcie! A mi zachciało się skakać po skałkach. Niewiele brakowało bym się skąpał. No skąd miałem wiedzieć, że te kamulce są śliskie 😉 Została nam godzina do umówionej obiadokolacji. Czas więc wracać bo wreszcie będę mógł się napić piwa. Wieczór i poranek także obfitował w piękne widoki. I jak tu nie sięgnąć po aparat?

 

 

Print Friendly, PDF & Email