Chorobcia! Czasu jak na lekarstwo. Zajęć tylko przybywa a doby niestety ubywa. No i choróbska co i rusz przyplątują się do każdego z nas. Dziś wreszcie, pomimo pewnych niedogodności natury wzrokowej, udało mi się wybrać i „podrasować” kolejną porcję zdjęć z naszych wakacji.

Rozpisywać się nie będę. Krótko wyjaśnię, że tym razem postanowiliśmy wziąć udział w marradyjskim mercatino. Za parę „groszy” zarezerwowałem stolik tuż przed salumerią. Bo wydawało mi się, że to doskonałe miejsce do handlu 🙂 Idealnie widoczne z każdej strony. Wczesnym wieczorkiem, po całym dniu rozleniwiania się zapakowaliśmy nasze drobiazgi do samochodu i pojechaliśmy trochę handlować.

Miałem jednak wrażenie, że w tym roku ruch jakiś taki mniejszy. Ale doznania jak najbardziej pozytywne. Dzięki dobrym duszom nie nudziliśmy się. Zarówno tym mniejszym jak i starszym było mi miło spędzać czas. A dzięki Mario mogę uznać, że handlowanie przebiegało bezproblemowo. Szczególnie podczas negocjacji z „lokalnym kolorowym artystą”.

W tle przygrywała orkiestra, a dzieciaki biegały to tu to tam. Udało się też spotkać parę znajomych osób z poprzedniego roku. A przede wszystkim mogłem poudawać, że trochę mówię po włosku. 😀

Ponieważ jednak miałem ochotę także na posiedzenie na rynku i napicie się czegoś, towar zapakowaliśmy do autka ciut wcześniej niż przewidywałem. Na powrót do domu musi poczekać, aż JA po ciężkiej pracy napiję się spritza i dobrego piwka. To nic, że dzieciom chciało się spać! Przecież na rynku jest mnóstwo miejsc do spania 😉

Zostawiam Was ze zdjęciami.

Zobacz, obejrzyj, posłuchaj 🙂

EDIT:

Oczywiście dzień skończył się grubo po północy. A powrót na domu był nie lada wyzwaniem. Przechodzenie przez parkan to nie jest to co starsze tygrysy lubią najbardziej

Print Friendly, PDF & Email