Ciepło. Właściwie to nawet gorąco. Być tu i nie ruszyć czterech liter nad Adriatyk? Niemożliwe! Tym bardziej, że to niewiele ponad 80 kilometrów. Pakujemy koce, lodówkę, wodę i inne różne bambetle, które być może przydadzą się nad wodą. Robimy krótki postój by kupić parę kawałków pizzy, focaccię i dwie butelki wina. Te od razu trafiają do lodówki by otwierając je na plaży poczuć przyjemnie chłodne bąbelki.

Leziemy po gorącym piasku dobre 10 minut do miejsca, w którym uda nam się rozbić legowisko. Wystające z piasku suche pnie i grube badyle pozwalają stworzyć przytulne miejsce z odrobiną cienia. Tu naprawdę jest gorąco! A piasek parzy w stopy. Nawet nie próbuję na nim bezpośrednio siadać 😉

Czas wskoczyć do wody. Pamiętając swoje wcześniejsze spotkania z morzem z góry zakładam, że z pewnością jest chłodne, może nawet zimne. I tu zdziwienie. Nie przypominam sobie i nawet nie potrafię opowiedzieć, jak bardzo się pomyliłem. Wchodząc do wody odnoszę wrażenie, że jest równie ciepłe co otaczające mnie powietrze. Szok! Po prostu szok. Teraz boję się zanurzyć by nie ugotować sobie tego i owego 😉 Woda czyściutka a płycizna sięga daleko w morze. Z początku delikatne fale nabierają wreszcie rozpędu, pozwalając zrelaksować się i ubawić równie dobrze jak dzieciom.

W międzyczasie pochłaniamy nasz prowiant popijając raz za razem zimniutkie prosecco. Przecież nie będziemy tego taszczyć z powrotem do samochodu 😉 Zabrany ze sobą latawiec w tym roku osiągnął swój pułap i wreszcie mogłem się nim nacieszyć. Przyjemnie ciepły wiaterek nie dość, że sprawnie unosił skrzydlatego przyjaciela to równie doskonale muskał moje plecy. Krótki słoneczny „patrol” w stronę bardziej nudystycznej wersji plaży, wieczorem okazał się mniej przyjemny w skutkach. Delirka termiczna nie pozwoliła mi nawet utrzymać kieliszka w rękach. Cała jego zawartość bowiem znajdowała się natychmiast poza szkłem. A czerwona skóra niczym na Indianinie, po paru dniach zaczęła przybierać rozpadającą się formę, dzięki której bez problemu mógłbym bratać się z zombi albo postaciami z filmu „noc żywych trupów”.  W tym roku jednak nie martwiło mnie to zbytnio. Noc czarownic (o której innym razem) miała przybrać przecież charakter postaci z horrorów 😉

Zostawiam Was z odrobiną zdjęć…

 

Print Friendly, PDF & Email