Chłopaki! Jedziecie z nami do Brisighelli? Chcemy wejść na resztę szlaku geologicznego oraz podjechać do wieży zegarowej. Na odpowiedź Mikołaja i Tomka nie trzeba było długo czekać. Zapakowaliśmy się więc do samochodu, a po drodze kupiliśmy tylko jakieś żarcie i skierowaliśmy się dobrze do znanego nam miejsca z zeszłego roku.  Po niespełna 30 minutach zaparkowaliśmy auto przy Twierdzy i ruszyliśmy w stronę wieży zegarowej. Droga niedługa ale za to z jakimi widokami! Naprawdę pięknie. Dzieciaki zintegrowały się na niespotykanym poziomie i od razu zaczęły szaleć, biegać, walić do drzwi i krzyczeć na dzwonnika by ten otworzył i pozwolił nam wdrapać się na samą górę. Dzwonnik albo miał stalowe nerwy albo był głuchy albo go najzwyklej w świecie nie było. Nikt nie otwierał. Dzieci przystąpiły więc do ataku próbując rozkminić kłódki i zamki w potężnych drewnianych i metalowych drzwiach. Niestety bezskutecznie. Nawet odnaleziony gdzieś klucz nie był tym co trzeba. Ubaw po pachy, radość i dobry humor!

Po pewnym czasie zeszliśmy w stronę samochodu by uzupełnić zapasy wody i przejść się na szlak geologiczny, którym w zeszłym roku mieliśmy okazję spacerować. Tym razem dotarliśmy do jaskini. Ta okazała się świetnym miejscem nie tylko dla najmłodszych, którzy nasłuchiwali jak długo spadają zrzucone kamienie i czy przypadkiem nie trafiają w głowę jakiegoś Niemca, ukrytego od czasów II Wojny Światowej 🙂 Kręciliśmy się to tu to tam i obserwowaliśmy z rozdziawioną gębą odkryte skały. Okołopołudniowy skwar kazał nam zjechać do miasta po coś zimnego do picia. Nasze zapasy znów się skończyły i trzeba było je uzupełnić.

  • Ale możemy wrócić na wieżę? – przekrzykują się dzieci.
  • Pewnie, że tak! Chcecie jeszcze spróbować dostać się do środka?

Tym razem podjeżdżamy pod samo wzniesienie. Dzieci biegną na wieżę, my natomiast siadamy na ławeczkach i łapiemy odrobinę chłodu między drzewami. To też dobry czas by coś zjeść. A od strony Marradi nadciągają ciemniejsze chmury. Wygląda na to, że wreszcie popada. Hmmmm. Popada na pewno. Słychać już nawet zbliżające się do nas pomrukiwanie nieba. Jeszcze chwila i zbieramy się bo zaczyna robić się ponuro. Ruszamy dość sprawnie by zdążyć przed burzą. Już widzę, że nie damy rady. Kasia dzwoni ostrzegając o porywistym wietrze i ogromnej ulewie. Faktycznie po chwili dociera też do nas. Deszcz połączony z gradem jest tak silny, że uniemożliwia kontynuowanie jazdy. Zatrzymujemy się na poboczu by przeczekać ten bałagan. To pierwszy większy deszcz od prawie czterech miesięcy. Już teraz wody nie można używać do podlewania ogrodów i mycia samochodów. Po dwudziestu minutach ruszamy dalej. Wody w rzece stało się ciut więcej. Ale to kropla w całej tej suszy.

Print Friendly, PDF & Email