Poranek i początek dnia jak zwykle był leniwy. Bo i co po co się spieszyć „we wakacje”. Śniadanie, dostawa wody źródlanej, odrobinę zdjęć otaczającej nas przyrody i dłuższa chwilka na miejskim basenie. Jakieś lody, rozmowy i oczywiście „poważne” plany na popołudnie.

Obserwacja…
Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie 180822-103319-1024x488.jpg
Źródło czystej wody 🙂
Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie 180822-103737-1-488x1024.jpg

Plany się wyklarowały, Pogoda niezmiennie jest idealna. Mimo pomysłu na niedługi, zwykły piknik, zabieramy sporo żarcia i niemały zapas czegoś do picia. Jak się okazało – słusznie!

Pigara i kasztanowy gaj usłyszał i zobaczył tego popołudnia oraz wieczora chyba więcej niż w swojej kilkusetletniej historii 😉 Dwanaścioro rozbawionych dzieciaków ganiało wte i wewte atakując niejednego wyimaginowanego wroga, zapominając o całym bożym świecie. Cała przestrzeń i czas były tylko dla nich. Nasza dziesiątka starszaków też bawiła się dobrze (kto wie czy nie lepiej?!) choć praktycznie cały czas tylko pod świętym drzewem, pod którym rozbiliśmy obóz. Z jednej strony cisza Apeninów, z drugiej śmiechy i pokrzykiwania dzieci…. Jest jeszcze jedna strona. To my. Rozbawieni, jakby sami pośród gór. Z takim odczuciem, przy doskonałym żarciu i schłodzonym winie mogliśmy już tylko zacząć śpiewać. Właściwie, po odsłuchaniu tego co się nagrało, śpiewaniem nie mogę tego nazwać. To raczej biesiadowanie, którego echa były zapewne słyszalne ze 100km stąd 😉 …i trwać będą przez wieki w tych niesamowitych kasztanowcach. „Hej sokoły”, „Autobiografia”, „Jolka, Jolka” i dziesiątki innych hiciorów. Mam nadzieję, że zniosły tę naszą obecność.

Ani pomruki, ani nadciągająca burza nie wystraszyły nas i piknik trwał w najlepsze. Przedłużył się do późnych godzin wieczornych. Dla niektórych (myślę tu o sobie) zejście z góry po ciemku okazało się trudniejsze niż można to sobie wyobrazić. Targając toboły, statyw i aparat w razie upadku trzeba było się jakoś ratować przed obrażeniami. Wyszło tak, że naprawa aparatu okazała się konieczna. Straty jakieś muszą przecież być 😀

Część z nas następnego dnia rozstawała się z Marradi więc to nasze wspólne biesiadowanie było wyśmienitym zakończeniem wspólnej przygody.

No i znalazły swoje miejsce 😉
Myślę, że „do tam” było nas słychać
Jadłodajnia
Bieganie po polanie
Cóż za widok!
Nasze miejsce pod świętym drzewem
Ale gromada! Ale odjazd!
Błogo
Same uśmiechy
Tu też 🙂
Hmmm…
Idzie ku zachodowi…
Dobra energia
A gdyby tak obejmować się na tej wysokości?
Jak wykonać korkociąg z drzewa kasztanowego
Jeszcze normalni
A tu już nie!
Bywalcy Domu z Kamienia
Rusałka kasztanowa
Godzina wilków
Czas pożegnań

Przedpołudniowe plany, jak się okazało, wypaliły. I to jak! A wspólne biesiadowanie z pewnością pozostanie na długo w naszej pamięci.

Print Friendly, PDF & Email

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.