Park szczęśliwicki znamy od podszewki. Choć „znamy” to może zbyt poważne stwierdzenie. Raczej – bywamy w nim dość często. Z jednego powodu. Okolica, w której mieszkamy nie jest specjalnie przyjazna dzieciom i rodzinnym spacerom.

Po wielu tygodniach chorowania można było wreszcie wyjść na powietrze, na słońce. A październikowa pogoda wreszcie zaczęła być przyjazna takiemu wyjściu. Ciepło, słonecznie, kolorowo. Czego trzeba więcej do udanego spaceru? No tak – rowery, aparat i większy park. A… i jeszcze jedno – ze względu na okres „nabierania odporności po antybiotyku” – brak tłumu 🙂 Dzięki tym wszystkim czynnikom, spacer mogliśmy uznać za udany. Kolejny, równie ciepły dzień skusił nas także do spaceru. Tym razem z naszym Labradorem. Sunia posłuszna tylko przy mnie – szła spokojnie, nie mając nawet ochoty na jakiekolwiek zabawy. Szkoda, że takie kontrolowane zachowanie przejawia tylko przy mnie 😀

Print Friendly