Po długim niepisaniu muszę nadrobić zaległości… a pozostała nam Szwecja. Po cyrku na lotnisku i krótkim locie dotarliśmy do Sztokholmu. Jest ciepło – około 25 °C. Na szczęście nie tak jak w Polsce, gdzie temperatury wahały się w tym czasie w okolicach 30-35 °C. Przed nami jeszcze ponad 2 godziny drogi do Rimbo…

Krótki, tygodniowy urlop rozpoczął się na dobre. Najpierw spacer po okolicy i lesie a potem wylegiwanie się i trochę piwka. Ponieważ ja nie jestem zaprawiony w procentach, wystarczyła odrobina by totalnie się wyluzować i stracić głowę. Głupie i nieprzemyślane pomysły, które się w niej zrodziły, zamieniliśmy w czyny. We trzech wleźliśmy na trampolinę, a próbując zsynchronizować nasze wyskoki przestaliśmy panować nad precyzją ich wykonywania. Skutkiem tego było naprawdę nieprzyjemne zderzenie z Arturem. Oczywiście poszkodowanym musiałem zostać JA. Padłem z przyciemnionym obrazem przed oczami. Czułem tylko potworny ból pleców, szczęki i właściwie całej głowy. Nie wyglądało to dobrze. Z niemałym trudem sprawdziłem odruchy. Nogami mogę ruszać. Ręce też są aktywne. Więc kręgosłup jest cały! 🙂 Jak się później okazało plecy, i ból nerki był niczym w porównaniu z tym co odczuwałem próbując rozdziawić gębę. Przez dwa dni mogłem przyjmować tylko chleb tostowy z kawałkiem sera. Otwieranie szczęki ponad ten rozmiar było niemożliwe 😀 Ponieważ gęba nie spuchła, więc silny ból mogłem oczywiście dalej znieczulać.

Dziewczyny wyczaiły w okolicy czereśnię. Ale zebranymi owocami nie podzieliły się z nami. Krótki spacer po okolicy pozwolił poznać tutejszą przyrodę. Woda, cisza, spokój, mnóstwo kolorów i zatrzymanego czasu. Tu jaszczurka, tu ślimak. O! a tu motylek ze złamanym skrzydłem. Trzeba go zabrać, uratować i przygotować mu domek oraz pożywienie.

Przywieźliśmy dobrą pogodę. Zabraliśmy odrobinę ciepła z upalnej Polski. Tu było bardzo przyjemnie, cicho, spokojnie. Można było się zrelaksować…

  • co dziś jemy na obiad?
  • może dziś pojedziemy do sklepu po włoszczyznę i wino.
  • eee! hmm! włoszczyznę? A co będziemy robić z włoszczyzny?

Po wielkim i luksusowo-włoskim obżarstwie, podczas którego miło wspominaliśmy zeszłoroczne wakacje w Toskanii,  przyszedł czas na krótki spacer. Ten zapach lasu, świeżości i niczym nie skażonej natury. Tu grzyb niejadalny, a tu grzyb jadalny. Niestety pierwsze dostrzegły go robaczki. A tu jeszcze jeden grzyb na hulajnodze. Oj ciężko jeździ się po lesie.

Kolejny dzień był wyjątkowy. Sto lat Norbert! 🙂 Tort, szampan, humor i dużo radości. Ale zanim się zabraliśmy za wrzucenie mnóstwa kalorii, skorzystaliśmy z wyjątkowo ciepłego dnia. Po zainstalowaniu maty i puszczeniu wody – ubaw miał każdy, ślizgał się każdy. Mały i duży. Po prostu szaleństwo.

Potem jeszcze słoneczny patrol nad jezioro. Tam kąpiel podziwianie wylegującego się na słońcu węża. Mnóstwo kolorów, zabójczy kontrast i niesamowite niebo pozwalają zapomnieć o bożym świecie. Połączenie soczystej zieleni i przepięknego nieba z płynącymi po nim chmurami wzbudzają radość i rysują na każdej twarzy szeroki (jak u Jokera) uśmiech.

Woda wyciąga energię. Nawet po najkrótszej kąpieli chce się po prostu jeść. Grill już rozgrzany do czerwoności zaczął pięknie dymić i gotów jest do odjazdu. Pyszny tort oświetlony został 15 świeczkami i czeka na pożarcie. Szampan, prezenty, życzenia… Balangę czas zacząć.

Piękne rozgwieżdżone niebo prosiło się by je poobserwować. Niestety, ze względu na swoje dysfunkcje, nie byłem w stanie zadrzeć głowy do góry. Pozostał więc tylko krótki, wieczorny spacer po okolicy.

  • tylko nie idź nad jezioro.
  • czemu?
  • zbiera się tam głośne towarzystwo.
  • Eeee… dziś dogadam się z każdym 🙂

… i nie poszedłem nad jezioro 🙂

Dzień jak co dzień. Ciepło. Nuuuuda… Ale przecież tak nie można! Klapnąć i siedzieć to można wieczorem.

  • dzieciaki! jedziemy
  • gdzie, gdzie…?
  • niedaleko są ruiny zamku!
  • Oooo! fajnie – krzyczy Natalka.
  • Oooo! fajnie – wtóruje cała reszta!

Wyczailiśmy, że niedaleko Rimbo  znajdują się ruiny zamku z XIV wieku oraz kościół z 1600 roku. Pakujemy się w dwa samochody. Jednym samochodem jedzie Iza, Asia oraz Ada z Natalką. Drugi prowadzę ja. O cholera! Po co trzeci pedał w samochodzie? Aj! już wiem… przecież to manual, to sprzęgło! Człowiek głupieje po przesiadce z samochodu z automatyczną skrzynią biegów. Chwila rozpoznania i można jechać. Dziesięć kilometrów dalej wyłania się piękny kościół Fasterna z umieszczonym wokół niego starym zadbanym cmentarzem. Dalej, na wzgórzu, tuż za świeżo zaoranym polem dostrzegamy ruiny zamku. A sąsiedztwo jeziora Skedviken, w tafli którego odbija się soczyście błękitne niebo zatyka nam dech w piersiach.

„Morby, ruiny XIV wiecznego zamku znajdują się w granicach Rimbo, Norrtajle, Upplandia. Ruiny położone są na niewielkim wzgórzu, nad zachodnim brzegiem jeziora Skedviken. Po jego drugiej stronie znajduje się kościół z 1800r. przy którym znajduje się cmentarz.
Morby, jako drewniany dwór powstał w 1380r kiedy jego właścicielem był niemiecki szlachcic Henryk Damerow. Od roku 1415 właścicielami została rodzina szlachecka Slaveka, która zbudowała pierwszy kamienny dwór, którego części znajdują się teraz w ruinach północnego skrzydła.
Pod koniec 1400r. majątek przeszedł w ręce małżeństwa Oxenstierna. Rodzina mieszkała tam przez 250 lat. Od 1550r Gabriel Kris, syn wspomnianego wcześniej małżeństwa rozbudował Morby w renesansowy zamek. Był stopniowo rozbudowywany przez lata i w 1600r był największy. Powstała wtedy również oranżeria w ogrodzie. Pod koniec wieku został jednak porzucony i przez kolejne lata powoli niszczał.
W 1728r nieruchomość została zakupiona przez Arvid Horna. Planował remont by później w nim zamieszkać, lecz koszt był tak wysoki, że niestety zrezygnował. Całkowicie został zniszczony przez pożar w 1740r.
Dopiero w latach 1930 i 1940 zaczęto wydobywać ruiny i powoli je odrestaurowywać. Dzisiaj zamieszkuje je jeden z chronionych gatunków nietoperzy.”

Wszystko wokół zadbane, pięknie skoszone i pachnące. Cisza, spokój i śpiew świerszczy. Dalej, tuż za murami kościoła i cmentarza dostrzegamy pole złocistego zboża, muskanego przez wiatr i tańczącego niczym fale na morzu. Aż chce się wejść i cieszyć tym szumem, schować się i wyłączyć na chwilę 🙂

  • tam są węże! – krzyczy Norbert.
  • łaaaa – z wielkim krzykiem, Natalka i Ada, wyskakują ze złocistych fal.

…i tyle było z cudownie grającej ciszy!

Po krótkiej sesji zdjęciowej ruszamy wydeptaną drogą ku wzgórzu. Podziwiamy panoramę i zachwycamy się cudownie soczystą naturą. Przed nami ukazują się piękne ruiny. Wokół pochylone drzewa, na które, czując się kilkanaście lat młodszy, z chęcią się wdrapuję. Pan i władca na wysokim drzewie! Niestety swoje lata odczuwam, próbując z nich schodzić.

Podążając dalej w górę natrafiamy na zamkniętą bramę tego cudownego zamku. Ruin zamku. Oj! Dziwnym trafem brama dała się otworzyć. No, skoro zostaliśmy zaproszeni, to należy skorzystać z gościny. Wchodzimy na zielony, zadbany dywan, którym wyłożony jest zamkowy dziedziniec. Jest pięknie. Po lewej i prawej stronie znajdują się wejścia do komnat usytuowanych poniżej poziomu ziemi. Przyczepione tabliczki informują nas co znajdowało się dawniej w tych pomieszczeniach. Tu sauna, tu kuchnia, a tu bimbrownia… Wśród murów jest przyjemnie chłodno i tak… spokojnie. Wchodzimy tu i ówdzie, wspinamy się na okna, włazimy po drewnianych i specjalnie przygotowanych metalowych schodach. To nic, że przed wejściem było napisane, że trzeba uważać i nie wolno. Wchodzimy wyżej. A tu rozciąga się piękny widok na wcześniej mijany kościół i na jezioro. Pięknie oświetlony przez cieplutkie słońce taras zachęca nas do zrobienia kilku zdjęć. Nie trzeba nas prosić długo. Później, plądrujemy kolejne komnaty i podziwiamy stan tego starego „zamczyska”. Widać, że wzmacniane są stropy i cała konstrukcja zabezpieczana jest przed dalszym rozpadem. Komuś się chce! Ktoś o to dba. Wychodzimy zamykając Izę w tej pięknej posiadłości. Będzie mogła witać kolejnych gości 🙂

Obok zamku stoi wypasiona chata, do której, wśród kwiatów lawendy, prowadzą kamienne schody. Za domem pasą się konie… istna sielanka. Pozostawiamy ten krajobraz kierując się do zaparkowanych przy kościele samochodów. Po drodze natrafiamy na czerwony traktor, którego pozytywnie nastawiony kierowca pozwala zrobić nam wyjątkowe zdjęcie.

Jak się później okazało, obiekt był w posiadaniu prywatnym. A możliwość zwiedzania przewidziano od 24 lipca do 12 sierpnia. W środy: 18-21, w niedziele: 11-16. My byliśmy w poniedziałek ok. 14:00. Nic dziwnego, że zamek był zamknięty na zamek. Po powrocie czekał nas wieczór pełen cudów… 7 cudów świata 🙂

Print Friendly