„…a kiedy dzień nadchodzi, dzień nadchodzi… idziemy na jagody, na jagody”. A tych jak się okazało, w pobliskim lesie nie było wcale mało. Pomimo pojawiającego się co i rusz kapuśniaczku z nieba, całą gromadą ruszyliśmy na zbiory. Oprócz zapowiedzianych przez Norberta pysznych szafranowych słodkości, w planach mieliśmy jagodzianki.



Naprawdę nie pamiętam jak dawno widziałem taką ilość tak dużych jagód. Mutanty jakieś czy co? Gdzie się nie ruszyć – jagody, na prawo, na lewo, z każdej strony. Problemem było postawić nogę, by nie ufaflunić sobie butów na fioletowo. Krzaki pięknie oblepione owocami aż kłaniały się przed nami, łaskawie prosząc by zdjąć z nich ten potężny ciężar. Z pełną radością i wytrwałością to czyniliśmy. W tak wyjątkowych okolicznościach przyrody można było się zrelaksować i oczyścić miejskie płuca świeżym powietrzem przepełnionym aromatem grzybów i zapachem drzew. Po dwóch godzinach zbierania, dziewczyny miały jeden czerwony – dwulitrowy pojemnik. Kolejne dwie godziny to mój maraton wśród jagód… zakończony sukcesem i następnym dwulitrowym pojemnikiem owoców.

Popołudnie przyniosło nam zapowiedziane wcześniej szafranowe ciasteczka wykonane przez Norberta (pełen profesjonalizm) oraz rewelacyjne nalewki wykonane przez Artura. Hmmmm… A ponieważ moja szczęka już odpuściła, bez problemu mogłem delektować się właściwie wszystkim, w każdym rozmiarze 🙂

Przez kolejne dni wcielaliśmy się w rolę leniwców. Błogie wypoczywanie i spowolnienie czasu przerywane było spacerami, malowaniem włosów, kąpielami w jeziorze i zaprzyjaźnianiem się z przeróżnymi zwierzątkami. A to wszystko okraszone było najznakomitszymi smakowitościami goszczącymi nie tylko na stole. A to jagodzianki, a to włoszczyzna, a to tacos albo kebab. Dobry humor i sielankę podkręcało piwko albo winko oraz tysiąc innych cudów.

Przyszedł dzień na dłuższą 140-kilometrową wyprawę. W stronę Furuviku jechaliśmy w części bocznymi i malowniczymi drogami. Naprawdę cudownie! Wąskie i kręte wstęgi przeciskały się przez malutkie miejscowości, położone wśród lasów i graniczące z malowniczymi jeziorami. Nic tylko robić zdjęcia.

Furuvik to położony nad morzem olbrzymi park rozrywki z ZOO i elementami rekreacyjnymi, edukacyjnymi i historycznymi. W środku… małpy. Czas karmienia. Siedzi sobie jeden szympans (no! nie jeden) i uradowany klaszcze co jakiś czas. Po chwili zadowolony ze spełnionego scenicznego obowiązku macha łapą, komunikując się w ten sposób z opiekunką: „no dawaj, dawaj te jabłka i banany. Świetny jestem, nie?” I dostaje co chce… i biedak powtarza swój rytuał – klaszcze, uśmiecha się i znów macha, prosząc o żarcie. Idziemy dalej. W pawilonie przygotowane są terraria i akwaria. Tu piranie, tu węże i żółwie. Gdzieś wygrzewa się gekon, a nad głowami przeskakują małpki z wystawionymi różowymi języczkami. To podejrzane! Zastanawiam się co knują. Przechodzimy dalej podziwiając jeszcze wiele innych zwierząt, o których już nawet nie jestem w stanie wspomnieć. O! czemu tu jest jeszcze jeden szympans? Czemu nie poszedł z innymi na wybieg i czemu siedzi za grubą szybą? Może ma jakąś karę? I faktycznie – po powrocie do domu trafiłem na informację o nim. To Santino, który w 1983 roku trafił to ZOO w Furuvik. Kiedyś był spokojny ale kiedy dojrzał, stał się agresywny. Do tego stopnia, że nawet popełnił morderstwo na jednym ze swoich współlokatorów. A od 1997 roku zaczął konstruować zmyślny i wyrafinowany plan ataków na ludzi. Powoli i skutecznie wprowadzał go w życie. Najpierw tylko rzucał kamieniami w zwiedzających. Później opracował lepszą technikę i po wyjściu ostatniego gościa przynosił stertę siana i ukrywał pod nią swoją amunicję na kolejny dzień. Siadał i czekał…

Dalej mamy kozy, wybieg z lemurami i chwilę odpoczynku przed podróżą baliami. Korzystamy z wolnego miejsca. Zasiadamy na ławeczce i wcinamy przygotowane w domu kanapki. Warto dodać, że w wielu miejscach ustawione są punkty z umywalkami, mydłem i środkiem dezynfekującym. Ręczników papierowych nie brakuje. Dlatego bez stresu można się upaćkać i dotykać zwierzęta. A potem mieć pewność, że pochłaniając swoje pożywienie nie nabawimy się jakiegoś syfu 🙂

150815-122656

Wsiadamy na balie. Po cztery osoby. Poruszające się z biegiem nurtu drewniane środki transportu, kręcą się dookoła powodują niezły zawrót kłowy. Próbujemy je spowalniać i zmieniamy ich kierunek obrotu. Na brzegu stoją flamingi. Różowe z powykręcanymi jak węże spustowe od pralki szyjami. Kawałek wcześniej stały strusie i lamy. Znowu mnóstwo zdjęć cykamy!

Wysiadamy z balii. Pranie rozwieszone 🙂 Mijamy goryla ubranego w szarą szmatę i przemykającego po linach. To chyba jakiś strażnik bezludnej wyspy. Pewnie czeka na wiadomość w butelce. Przechodząc przez mostek docieramy do części edukacyjno-historycznej. Na początek wielkie puzzle. Dalej, idąc ścieżką staramy się odpowiadać na pytania przyczepione do drzew. Taaaa… już wszystko zrozumiałem po szwedzku. Na szczęście nie jesteśmy sami 🙂

Podążając ścieżką edukacyjną docieramy do skalistego wybrzeża. Tu, pięknie niebieska woda zawija się tworząc spienione fale, które rozbijają się o obłe kamienie oblepione zielonymi wodorostami. Całość, razem opadającym po horyzont niebem, tworzy wyjątkowy i niepowtarzalny obraz. Chciałoby się tak stać i patrzeć… ale hałas wydobywający się z naszych kurczących się żołądków zaczyna być nieznośny. Przy wolnej ławie, obok starej budki strażnika rozpakowujemy prowiant, zabierając się za drugie śniadanie. Uwijamy się by nie tracić czasu. Przed nami jeszcze moc atrakcji.

Wchodzimy do tajnego fortu wybudowanego w połowie ubiegłego wieku. Jest to budowla, w której autentycznie można poczuć się jak w czasach zimnej wojny. Tu można popatrzeć na morze z prawdziwego bunkra, zabrać się za obsługę autentycznych dział z tamtego okresu, obejrzeć urządzenia wojskowe i poczuć atmosferę jaka mogła towarzyszyć żołnierzom mającym za zadanie bronić Portu Gävle w razie ataku wroga nadciągającego drogą morską. Można obejrzeć radiostację, miejsca służby i odpoczynku szwedzkich artylerzystów z 1960 roku, a przeciskając się korytarzami zapoznać się m.in. z generatorami prądu oraz sprawnymi i gotowymi do użycia bateriami zasilającymi i wspomagającymi sieć elektryczną w bunkrze. Doznania naprawdę wyjątkowe. Obecnie obiekt jest nadmorskim muzeum obrony.

Wychodzimy z bunkra i kierujemy się do miejsca zakręconej rozrywki. Po drodze zahaczamy jeszcze o wybrzeże i oczarowani jego wyjątkowością dalej zapełniamy karty naszego aparatu. Po drodze mijamy wojskową kuchnię polową a dalej kangury, wielbłądy i kolejne zwierzęta. Opatrujemy ranę Mai i docieramy do ostatniego ale nie najkrótszego punktu naszej wycieczki…

Część z nas lubi ekstremalne wyzwania więc od razu kieruje się na Rocket, Disco, Extreme czy Kättingflygaren. Niektórzy wolą mniej hardcorowe zabawy i wybierają Bikupan, Lila Fritt fall i Sky tower. Ja z racji słabej głowy wybieram zakręconą filiżankę. Ale muszę przyznać, że mimo niesłabnących obrotów – dałem radę i chyba było mi mało. Eeeee.. może następnym razem 🙂 Maja złapała bakcyla, natomiast Natalce kompletnie nie przypasowała karuzelowa rozrywka. Tak czy siak było wyjątkowo miło 🙂

Na koniec jeszcze tylko wspólne selfie i powrót do domu 🙂

150815-180352

 

Ostatnie dwa dni upłynęły nam pod znakiem sielanki, spacerów, kottbularów, słodkich kanelbularów, i męskich omletów z boczkiem, papryką i szczypiorkiem. Nie mogło także obyć się bez pozostawieniu naszego (dziewczyn) „słonecznego” śladu w Rimbo…

Print Friendly