Niedziela. 7:00.

– Tato! chce mi się jeść – krzyczy Majka.

– Czy ty nie możesz w niedzielę pospać dłużej? czemu w tygodniu nie wstajesz tak rano? – z żalem zadałem retoryczne pytania.

Nie ma wyjścia. Majka i Natalka chore. Asię coś dopadło. Więc jako-tako na chodzie pozostałem ja i królik. Mój ból gardła – to nic, gorzej z „kręciołkim”, który co pewien czas uskutecznia mi się w głowie. Takie darmowe odurzenie – zupełnie jak po alkoholu. No cóż! Królik nie dosięgnie do mikrofalówki by zagrzać mleko… więc zostałem tylko ja 🙂

Zbieram się więc z łóżka i człapię do kuchni. Szykuję mleko, płatki i wtem w dziwny sposób odzywa się lodówka. Nie wiem, czy coś mam ze słuchem czy jakiś nocny organizm zadomowił się w lodówce. Szmery, przelewanie się, mruczenie i jakby konsumowanie. Cholera! Coś zżera moją pomidorówkę i lasagnę!

Dochodząc do siebie, otwierając drugie oko, wstawiam do mikrofalówki mleko dla Majki. Mam 30 sekund… Otwieram lodówkę. Po potworze ani śladu. Chyba go wystraszyłem. Tylko światła nie zgasił.

Jak ja nienawidzę tego mruczącego kompresora!

Print Friendly, PDF & Email