Piękny czwartkowy dzień przeznaczyliśmy na wyprawę prawie na granicę Toskanii i Emilii-Romanii. Kierunek Marradi oraz Monte Busca. Pędzimy do Kasi – „Internetowej” koleżanki prowadzącej Dom z Kamienia. Wydawać by się mogło, że 45 km na północny-wschód od Florencji pokonamy w maksymalnie 2 godziny. Nic z tego. Na jeździe krętymi drogami i podziwianiu pięknych krajobrazów zeszło się nam prawie CZTERY godziny osiągając prawie 1000m npm.

Przy okazji… trochę zboczyliśmy i wjechaliśmy do Parku Narodowego. A tam… piękna, soczysta zieleń. Przystrzyżona trawa. Co i rusz kamienne grille, ławeczki. Słońce, cudowne powietrze i jeszcze węższe, bardziej kręte drogi. Po prostu uroczo. Ale droga nie była nudna. Wręcz przeciwnie. Cudowna i pełna wrażeń. To chyba jedna z ciekawszych wypraw. A pewności co do jej niezwykłości nabraliśmy po dotarciu na miejsce. Ciepłym przyjęciu, smacznym posiłku i rozmowach. A przecież z Kasią, Pawłem i ich synami osobiście poznaliśmy się właśnie w Marradi. To jest właśnie niesamowite!

W planach mieliśmy tylko spotkać się, chwilę pogadać i pędzić dalej. Nic z tego. Cztery godziny przeleciały nie wiadomo kiedy. Nasze córcie powędrowały z chłopakami nad płynący poniżej domu strumień. Nie! to rzeka Lamone. Tym razem wody było na tyle mało, że spokojnie można było przeskakiwać z kamienia na kamień. Widok niesamowity. Aż napatrzeć się nie mogłem!

Czy wiecie skąd się bierze woda w strumieniu? Ja już wiem! W Marradi jest taki niezwykły, czarodziejski kran. Obserwując ostatnią ilość przepływającej wody, chyba muszę stwierdzić, że ktoś tu zapomina go zakręcić 😀

140717-120435

Przed domem – piękny widok. Sycylijczyk handlujący owocami prosto z samochodu. Urokliwe i jakże odmienne od codziennych widoków. Wspólny szybki (ale jakże smaczny) posiłek, winko, piwko i rozmowy, które zakończyły się w miasteczku na lodach. Kochani – dziękujemy za cudowną gościnę i odprowadzenie nas do granicy miasta. Teraz kierujemy się do wulkanu, o którym Kasia wspominała na swoim blogu.

Droga do Monte Busca przebiegła znacznie szybciej. Z precyzyjnymi informacjami udało nam się dotrzeć po godzinie. Po raz kolejny podziwialiśmy cudowne widoczki. Nie mogło obyć się bez postojów, kilku fotografii i chłonięcia Włoch całym sobą. Jakże jest odmienna od tych przepełnionych turystami „oklepanych” miejsc… Jedziemy na teren Romanii…

Ilu z Was było na wulkanie? A na najmniejszym wulkanie? Dziewczyny stwierdziły, że to zwykłe ognisko. Patrząc na palące się gałęzie, narzucone przez przybyłych przed nami turystów, trudno było oprzeć się myśli, że to jakaś ściema – a nie wulkan. Ja zastanawiałem się, czy przypadkiem w tym miejscu nie przebiega jakaś rura z gazem. Dziurawa rura! Płonące ujście wulkanu znajduje się na wysokości ok. 650m npm. A pierwsze wzmianki o nim sięgają 1588 roku. Nic więcej o nim nie wiem. Szczegółowych informacji brak. Tych nieszczegółowych również nie ma. No cóż. Pozostaje piękny widok. Trochę tylko żałowałem, że nie zabraliśmy ze sobą kiełbasek. Może innym razem.

Zeszło nam się trochę. Czas wracać do domu… Na Bagno zajechaliśmy grubo po 21:00. Dzień był nieziemsko udany. Kasia, Paweł – jeszcze raz dziękujemy za gościnę.

Print Friendly, PDF & Email