Jałowiec 1111m n.p.m

Następnego dnia rano wyruszyłyśmy do wsi Stryszawa Roztoki, skąd planowałyśmy wejść szlakiem na Jałowiec. Wyjechałyśmy później niż planowałyśmy, ale w końcu nigdzie nam się nie spieszyło i nie musiałyśmy wrócić na konkretną godzinę.

We wsi jak się okazało nie było żadnych znaków na szczyt. Były jakieś tablice informujące o ścieżce dydaktycznej Wyszyńskiego, były na niej zaznaczone szlaki, punkty, ale nigdzie nie było znaków skąd się zaczyna. Podjechałyśmy w górę i nic, zjechałyśmy – nic. W końcu zapytałam jakiejś kobiety, która mi chętnie z uśmiechem wytłumaczyła żeby zawrócić, podjechać w górę i za leśniczówką, na parkingu zostawić samochód. A tam już znaki będą. Parking był, ale znaków brak.

Zjechałyśmy kawałek niżej gdzie zagadnęłam jakiś chłopaków remontujących domek. Potwierdzili, że dobrze zaparkowałyśmy z tym, że faktycznie żółty szlak zaczyna się wyżej i żebyśmy poszły w górę ścieżką, tak jak nawet myślałyśmy. Z tym, że z powodu braku oznakowania wolałyśmy nie ryzykować.  Tym razem miałyśmy pewność.

„Pierwsza wzmianka o Stryszawie pochodzi z roku 1480. Była ważnym wołoskim ośrodkiem pasterskim i jednocześnie stanowiła siedzibę wołoskiego wojewody.

W 1530 roku mieszkańcy Stryszawy należeli najpierw do odległej parafii Mucharz. Potem w roku 1581 przyłączono ich do parafii Zembrzyce, zaś od XIX wieku należy do parafii Sucha. Wioska już w XIX wieku słynęła ze swoich drewnianych wyrobów, a w szczególności z wyrobu gontów, ale też drewnianych zabawek. Stryszawa należy do głównych ośrodków zabawkarstwa ludowego, które przetrwało do dnia dzisiejszego. Pierwszymi produkowanymi zabawkami były: taczki, wózki, kołyski, sześcienne grzechotki (zwane „scyrkowkami”) i karetki z konikami. Później wymyślono poruszające się na kijku karuzelki, dziobiące się kogutki i „klepoki”, czyli machające skrzydłami ptaszki. Pojawiły się też koniki na kółkach zwane „wyścigowcami” i „capami”. Tutaj też powstały i wciąż powstają słynne stryszowskie kolorowe ptaszki z drewna.”

Zanim dotarłyśmy do szlaku mogłyśmy zejść nad Wodospad przy Upornym Potoku. Spływa on po piaskowcowych głazach. Mimo iż jest nie duży, to bardzo urokliwy. Akurat gdy tam byłyśmy jakaś malarka malowała go na sporym płótnie. Można było zejść pod jego same wody drewnianymi, specjalnie przygotowanymi schodkami. Jak doczytałam otacza go specyficzna flora mikrosiedliskowa, która nie występuje w najbliższym otoczeniu: wiciokrzew czarny, parzydło leśne, czerniec gronkowy. Rosną tu także rośliny, takie jak zanokcica skalna, paprotka zwyczajna i mchy. Spotkać  można również salamandrę plamistą i pluszcza – ptaka, który wykształtował sobie umiejętność nurkowania w wodzie w poszukiwaniu pożywienia.

Zaraz po powrocie na ścieżkę przeszłyśmy obok głazu z tablicą poświęconą Prymasowi Tysiąclecia, który w tym miejscu lubił odpoczywać podczas wędrówek tutejszymi ścieżkami. Wieś Stryszawa była Jego  ulubionym miejscem wypoczynku i przyjeżdżał tu każdego roku w latach 1960-1967.

Powyżej pamiątkowego kamienia drogi rozwidlają się, a żółty szlak wprowadził nas na prawą stronę. Łatwo jednak to przegapić i pójść w lewo, ale chłopcy których pytałam uprzedzili mnie o tym przypominając jeszcze gdy się żegnałam by na pewno iść na prawo. Przechodziłyśmy obok pasieki i wspięłyśmy się drogą gruntową ponad jar strumienia. Z prawej miałyśmy soczyście zieloną  polanę, ale na drzewach w koło już pojawiły się kolory jesieni. Dalej  droga wchodzi w płytki, ale wąski wąwóz, by za chwilę wejść do lasu i powoli nabierać wysokości.

Starsze dziewczyny gnają do przodu. W pewnym momencie zeszły do nas, że dalej nie można, bo tabliczka o zakazie dalszej drogi, ze względu na wycinkę drzew. Hmm… Po chwili musimy zejść z wąskiej ścieżki, bo przed nami koń ciągnący wóz z resztkami drzew. Witam się z góralem, zamieniamy kilka słów, ale nic nie mówi o zakazie. Tak samo na dole ani kobieta, ani chłopcy których pytaliśmy o drogę  o tym nie wspominali, więc mimo protestów dziewczyn idziemy dalej.

Widać było, że wycinali, może nawet całkiem nie dawno, bo ścieżka szeroka, rozjeżdżona i bardzo, bardzo błotnista, ale teraz cisza. Chwilami nawet musimy z niej schodzić i iść laskiem, bo tak mokro.

Dotarłyśmy do miejsca, gdzie po lewej stronie od szlaku stał jeszcze niedawno potężny Świerk o imieniu „Siłosław”. Jednak w 2012 roku przewrócił się ze starości. Leży teraz wśród młodszych drzew, oderwany od korzenia na którym sterczy jedynie masywny kikut, pamiętający prastarą puszczę karpacką.  „Siłosław” liczył sobie ponad 200 lat i dorósł do 30 m wysokości. Jego obwód osiągnął 4,5 m.  I to uratowało go kiedyś od ścięcia. Ścięto wówczas inne drzewo, a jego zostawiono, bo nie udało się tego zrobić mimo wielu prób, zarówno siekierą, jak i piłą spalinową. Ze względu na okazałe rozmiary „Siłosław” został wpisany do rejestru pomników przyrody i podlegał ochronie oraz szczególnemu traktowaniu.

Tam zatrzymujemy się na drobny poczęstunek siadając na przygotowanej ławeczce i patrząc na to okazałe, już leżące drzewo.

Maszerujemy dalej w górę zbocza… Po chwili weszłyśmy na obszar zarośnięty młodymi jeszcze drzewami. Za nami pojawia się widok na Opuśniok – 819 m n.p.m., Solniska  – 849 m n.p.m. i Jaworzynę (Dzikasową Górę) –  825 m n.p.m.  Dalej weszłyśmy  w jednolity las bukowy. Temperatura zmusiła nas do ściągnięcia kolejnej warstwy ubrania. My z Izą zostałyśmy w koszulkach na rękawki. Dziewczyny przewiązały bluzy w pasie. Zdecydowanie pogoda nas rozpieszczała i oby tak jeszcze długo.

Kolejny punkt to: Rozstaj nad Przełęczą Cichą – 775m n.p.m. Położony jest przy niewielkiej Polanie Krawcowej. Tam kończy się żółty szlak a zaczyna niebieski i pnie się na południowy wschód  już na sam szczyt Jałowca.

Tam  starsze dziewczyny czekały na nas na ławeczce złe jak osy i zapłakane. Jedną bolała noga, druga dalej nie chce iść, bo szła tędy z klasą i ciężko.  Tak się nakręciły, zaparły,  że nic nie docierało. Zostaną tutaj i będą czekać. My „matki wyrodne” nie pozwalamy i koniec końców obrażone wstają i w górę. Chyba jednak nie było tak ciężko i noga aż tak nie bolała, bo do samego szczytu już Ich nie widziałyśmy. Maja po godzince też troszkę marudziła, pytała czy daleko jeszcze, ale mimo wszystko dzielnie szła. I to dużo lepiej niż ja 😉

Droga jeszcze w miarę łagodna. Przeszłyśmy skrajem poletka z bardzo młodymi świerkami, skąd przed naszymi oczami  pojawiła się cudowna panorama Beskidu Śląskiego w rozciągłości od Baraniej Góry po Skrzyczne. Na prawo można ujrzeć zachodnią część Beskidu Małego, począwszy od Bramy Wilkowickiej, poprzez szczyty Magurki Wilkowickiej – 909 m n.p.m. i Czupla  – 933 m n.p.m., przełom rzeki Soły, aż po fragment części wschodniego pasma. Bliżej można ujrzeć południowo-zachodnią część Pasma Pewelskiego. Ależ tam wiało. Maja założyła bluzę, kaptur, a my z Izą dzielnie się powstrzymałyśmy przed ubraniem. Tym bardziej, że mimo wiatru nam nadal ciepło.

Dalej nasz szlak zrobił się dużo bardziej stromy. Zdecydowanie szybciej nabierałyśmy wysokości co kilka kroków odpoczywając, bo jednak kondycja nie taka jak kilka lat temu. Jedynie Maja biegała w te i z powrotem.  Minęłyśmy kilka osób. Kolejne Maja spytała czy daleko jeszcze. Okazuje się, że blisko. Tak naprawdę do tej pory na szlaku byłyśmy same. Minęła nas jedynie dużo wcześniej  rowerzystka i  wchodząc na szlak niebieski młody chłopak na rowerze. Patrzyłam na Niego z podziwem…

Około 14:00 dotarłyśmy na Jałowiec – najwyższy szczyt Pasma Jałowieckiego. Po południowo-zachodnim podszczytowym zboczu opada rozległa, widokowa Hala Trzebuńska, które jeszcze pod koniec XX w. była miejscem intensywnego wypasu owiec. Ciekawostką są rosnące na hali dość duże kępy kosodrzewiny. Spod szczytu i z górnej części hali roztaczają się piękne widoki na południowy-zachód, na prezentujący się w całej okazałości masyw Babiej Góry – od Krowiarek po Przełęcz Jałowiecką. Na lewo imponująca panorama Pasma Policy, a na wprost – Mędralowej. Dalej na zachód Pilsko, poprzedzone wyraźną Czerniawą Suchą i Lachów Groniem.

Dokładniej: Na południu mamy widok na Babią Górę – 1725 m n.p.m., na południowym wschodzie widać odleglejsze Pilsko – 1557 m n.p.m., zaś na prawo od niego widoczne są Lipowski Wierch – 1324 m n.p.m. i Romanka –  1366 m n.p.m.

Po lewej stronie Pilska pokazują się w dali Stoh – 1607 m n.p.m. i Wielki Rozsutec – 1610 m n.p.m. – szczyty Małej Fatry, a dalej na lewo od nich ciągnie się grzbiet Magury Orawskiej.

Patrząc na zachód widzimy Beskid Śląski. Tam ponad pobliskim Lachów Groniem – 1045 m n.p.m. bez większych trudności wyodrębnić można Baranią Górę – 1220 m n.p.m., Malinowską Skałę – 1152 m n.p.m. , Skrzyczne – 1257 m n.p.m.  Dalej na prawo widać Magurę – 1109 m n.p.m. i Klimczok – 1117 m n.p.m. Na prawo od Beskidu Śląskiego rozpoczyna się Beskid Mały z zarysem szczytu Czupla – 933 m n.p.m. i Jaworzyny – 864 m n.p.m.

W 2000r. mieszkańcy Stryszawy ustawili na szczycie metalowy krzyż i obelisk upamiętniający „jałowieckie” wędrówki Karola Wojtyła i prymasa Stefana Wyszyńskiego. W pobliżu węzeł szlaków oraz drewniany schron przeciwdeszczowy i ławeczki. Właśnie w nim siedzą nasze córki chroniąc się przed silnym wiatrem, ale gdy tylko się do Nich zbliżyłyśmy, wyszły obrażone. Ani jeść, ani zdjęć… My odpoczęłyśmy, zjadłyśmy kanapki, ubrałyśmy się żeby nas nie przewiało. Tym bardziej, że koszulki były tak mokre iż można było je wyżymać.

Tutaj, na samym szczycie  krzyżuje się też biegnący prawie przez całe Pasmo Jałowieckie szlak żółty ze szlakiem niebieskim z Lachowic do Zawoi Wełczy. Przebiega również granica powiatów suskiego i żywieckiego, a jednocześnie województw śląskiego i małopolskiego. W czasie II wojny światowej przez grzbiet pasma przebiegała granica między Generalnym Gubernatorstwem i III Rzeszą.

Zrobiłyśmy z Izą zdjęcia, ponagrywałyśmy… Natalia z Adą nadal obrażone, ale w końcu dały się namówić na jakąś wspólną fotkę. Z tym, że założyły kaptury, zakryły twarze.  Ach te nastolatki 😉

Na szczycie spotkałyśmy jeszcze innych turystów, ale tłumów nie było. Nikt nikomu nie przeszkadzał, nie zasłaniał. Usiadłyśmy we dwie z siostrą i patrzyłyśmy w ciszy przed siebie… Pewnie gdyby nie te nasze „marudki” posiedziałybyśmy tam dłużej, a tak po 45 minutach zeszłyśmy tą sama drogą, bo w końcu samochód na parkingu. Tym razem nie byłyśmy przygotowane na przejście dookoła, dalej, bodajże w sumie ponad 11km. Liczę iż następnym razem to zrobimy.

Przedarłyśmy się tylko przez lasek po przeciwnej stronie grzbietu żeby i tam zrobić zdjęcia, bo widoki równie ładne. Nie tylko na szczyty, ale i doliny z miastami, wsiami. Gdyby wyciąć chociaż kilka drzew widok byłby dużo lepszy, a tak przeciskałyśmy się by uchwycić go chociaż między drzewami. Ale warto…

Powrotna droga minęła nam szybciej. Schodziłyśmy półtorej godzinki a nie dwie z kawałkiem jak w górę. Starszym dziewczyno foch minął i zadowolone.

W końcu dotarłyśmy do domu. Zmęczone, ale szczęśliwe.

Tak! To był cudny dzień. Tak samo jak cały weekend.

A! Muszę jeszcze wspomnieć. Już w dniu naszego wyjazdu te wszystkie kolory liści były jeszcze bardziej intensywne. Świat przeobrażał się tam nie tylko z dnia na dzień- chociaż było mocno widać różnicę między czwartkiem a niedzielą – Ale jak już chyba wspominałam, z godziny na godzinę. Prawdziwa Polska Złota Jesień, taka jaką lubię, słoneczna, ciepła, kolorowa i w Górach! Żeby mieć tak to na co dzień…  Jeszcze raz Kochani bardzo Wam dziękujemy za gościnę, wspólne wycieczki, rozmowy, wspólne milczenie. Tęsknimy i nie możemy się doczekać kolejnego spotkania.

Print Friendly, PDF & Email