Chodził za mną dobry smalec. Nie takie byle co, które można znaleźć w sklepie. Mielone mięso zalane tłuszczem. To nie smalec… to porażka 🙂

Chodził, chodził aż dogonił. Kupiłem solidną porcję słoniny. Prawie dwa kilogramy. Krojenia w kostkę było co niemiara. Po czterdziestu minutach miałem olbrzymi gar pokrojonej słoniny. Zaczęło się topienie.

Mogłem zabrać się za pokrojenie w kostekę jednej dużej cebuli. Z zapłakanymi oczami obrałem jeszcze dwa solidne jabłka i starłem na grubej tarce.

Słonina była już odpowiednio wytopiona więc mogłem wrzucić pokrojoną cebulę. I tu uwaga… garnek musi być naprawdę duży bo całość zaczyna mocno kipieć. Chwilę jeszcze się pogotowało i mogłem wyłączyć gaz. Przyszedł czas na dorzucenie startych jabłek. Te już nie kipią 🙂

Po wymieszaniu zawartości garnka zaczęło się przelewanie do kamionek i słoiczków. W sumie ponad 3 litry gęstego płynu.

Smalec – palce lizać. Z delikatnym posmakiem słodkiego jabłka; jest jak znalazł na świeżutki chleb.


[shopeat_button]

Print Friendly