Wreszcie nadszedł długo wyczekiwany weekend majowy. Zgodnie z prognozami miał być „w kratkę”. Ale co tam! Ważne, że z dala od miasta.

Asia spakowała nas dzień wcześniej a tuż przed wyjazdem dopakowaliśmy samochód. Ruszyliśmy zaraz po pracy, przedszkolu i dodatkowych zajęciach Natalki. Niestety oznaczało to jedno: wyjazd w godzinach szczytu. Wyjazd przez wiecznie zakorkowany Raszyn.

Droga do Świerkowego Wzgórza wydłużyła nam się z dwóch godzin do prawie czterech. Takie to uroki jazdy w tym samym czasie z innymi kierującymi się na majówkę. Na szczęście nasz pobyt zaplanowaliśmy o dzień dłuższy i powrót nie zapowiadał się już tak uciążliwy. Samochód mieliśmy wypakowany jak na porządne dwutygodniowe wakacje, a nie na czterodniową majówkę. No bo przecież wszystko się przyda. OK – jedna walizka wystarczyła ale jak tu nie zabrać torebek, kosmetyczek, plecaka z aparatem i laptopem, torby z konsolą dla Natalki, kolorowankami dla obu dziewczyn, książki i dodatkowych butów? Nie da się. Fizycznie jest to niemożliwe! Ach zapomniałem… oczywiście doszło do tego jeszcze kilka tytułów gier planszowych i karcianych. Nie tyle co zwykle ale jednak!

150430-150125

Jak się później okazało, zabrakło nam jednak kilku ważnych przedmiotów. Zawsze tak jest 🙂 Rozpakowaliśmy się pospiesznie i głodni jak wilki zeszliśmy na kolację. Jak zwykle w tym miejscu – bardzo smaczną.

150501-032735_HDR

Poranek następnego dnia zaczął się po godzinie 4:00 wyjątkowym widokiem na taras przez okno balkonowe. A kiedy słońce było już ponad horyzontem, Małopolska przywitała nas soczystą zielenią, kwitnącymi drzewami i krzewami, świergotem ptaków i beczeniem pasących się nieopodal owieczek. Przebijające się przez chmury słońce dodawało niezwykłości temu cudownemu krajobrazowi. Nie przeszkadzał nawet pojawiający się co pewien czas wiosenny deszczyk.

Ponieważ dzień zaczął się nam wyjątkowo wcześnie, jeszcze przed śniadaniem powędrowaliśmy do wełnianych zwierzaków. Te, w bardzo uprzejmy sposób przywitały nas swoim „beee”. Chętnie podchodziły do nas i dając się głaskać i przytulać próbowały podjadać nasze buty. W tak wyjątkowych okolicznościach przyrody i jeszcze przed śniadaniem nie mogło także zabraknąć kawy na balkonie, co oczywiście zostało przeze mnie uwiecznione 🙂

Po obfitym, jak zwykle, śniadaniu należało spalić pochłonięte kalorie. Zatem – spacer. Kwitnące w różnych kolorach krzewy i drzewa przyciągały naszą uwagę wywołując co i rusz „ochy i achy”. Wielka polana wyłożona zielonym dywanem z żółtymi wzorami kusiła i wciągała nas dalej i dalej. Pośrodku samotne drzewo prosiło się o zdjęcie, mlecze kusiły swoją intensywnością. Wianek będzie wyglądał cudnie. Dziewczyny w podskokach, z przyklejonym uśmiechem do twarzy były głośne i słyszalne chyba na samym Świętym Krzyżu 🙂 Jak zwykle, będąc w tym regionie, nie mogło się obyć bez znalezienia czegoś nieodnalezionego. Mała, wijąca się rzeczka z zupełnie dzikim kawałkiem brzegu, była tak magiczna, że postanowiliśmy dotrzeć do niej także następnym razem… przy bardziej przychylnym dla nas słoneczku.

Później plecenie wianka, łapanie żab, włażenie i bujanie się na drzewie, wygłupy i stawanie na rękach. Kolejny spacer, bajecznie kolorowe zdjęcia bajecznie kolorowej przyrody i wreszcie chwila z planszówkami. Właściwie z Gloobz’em i Super Farmerem. Majówka – full wypas 🙂

***

2 maja przywitał nas słońcem i ciepłem. Tego nam było potrzeba. Ponieważ nie mieliśmy ochoty ruszać się szczególnie daleko, wybór padł na Nową Słupię. W znanym nam Centrum Kulturowo-Archeologicznym działo się jednak niewiele. No właściwie to mogliśmy się tego spodziewać – w końcu to nie Dymarki. Obeszliśmy teren, Natalka postrzelała z łuku i wróciliśmy do Świerkowego by udać się na słoneczny patrol po okolicy.

Dziś owieczki bardziej beczały i pewnie to udzieliło się Mai, która nie mogła zrozumieć, że kurę jest ciężko dogonić. Co dopiero pogłaskać! Ale uparcie i bez większego wysiłku goniła po czyimś ogrodzie przeróżne ptactwo, duże i małe. Tylko zerkałem czy przypadkiem uciekinierzy nie znoszą ze strachu przed Mają większej ilości jaj.

I tym razem nogi poniosły nas przez łąkę w stronę odkrytego dzień wcześniej magicznego miejsca. Zebrane kwiaty posłużyły Asi do udekorowania ślicznego warkoczyka zaplecionego Mai. I znów nadszedł czas wzdychania do otaczającej nas przepięknej przyrody. Pomieszanie błękitu nieba z niesamowitą zielenią łąki, refleksami na wodzie, żółtymi i białymi kwiatami przyprawiało nas o zawrót głowy. No bo w końcu co najpierw fotografować, na co najpierw się patrzeć? To jasne – na wszystko! Dookoła nas motylki i pszczółki dopełniały wiosennego krajobrazu.

Na 16:00 zaplanowane było ognisko oraz kociołek Baby Jagi. Głodni, zmęczeni wyczerpującym spacerem 😉 rozsiedliśmy się wokół dopiero co rozpalonego stosu drewna, które swym dymem z daleka dawało o sobie znać. Właściciel przytargał 12 litrowy żeliwny kociołek, który w swoim wnętrzu skrywał wyjątkowe danie – zupę regionalną z okolic Bielin. To solidna potrawa przygotowywana jest m.in. z łopatki wieprzowej, karczku, włoszczyzny, fasoli, papryki oraz groszku zielonego. Danie syte, kaloryczne i mocno rozgrzewające. Niestety córcie pogrzebały w miseczkach i nam – rodzicom przypadło sporo więcej niż zakładaliśmy. Na stole czekały kiełbasy, chleb, sałatki warzywne i mnóstwo dodatków. Ognisko nabierało mocy a żaru przybywało z wyjątkową szybkością. Dziewczyny z pozostałą ferajną niedaleko naszego ogniska rozłożyły koc, przyniosły soki, chrupki i niemałą ilość niepotrzebnych przedmiotów. Z naznoszonego chrustu przygotowały swoje ognisko. Stos otoczyły kamieniami by ogień się nie rozniósł i rozpoczęły własny rytuał przygotowywania sobie chleba nad ogniem.

W tym czasie do ognia dołączyli pozostali goście Świerkowego Wzgórza. Wspólna integracja przy pieczeniu kiełbasek okazała się wyjątkowo udana i przeciągnęła się aż do 23:00. Niestety ilość wypitych przeze mnie drinków, którymi zostałem uraczony (za co serdecznie dziękuję) okazała się później wyjątkowo wstrząsająca. Nie zmieszana.

***

No i dotarliśmy do ostatniego dnia pobytu w Świętokrzyskiem. Po śniadaniu obraliśmy kierunek na Ujazd, zamek Krzyż-Topór. Jakże by inaczej 😀 Znani ze swojego postrzegania otoczenia i delektowania się widokami nie mogliśmy pominąć pola rzepaku, żółtego i aromatycznego. Niesamowicie kontrastującego z niebem pełnym cudownych obłoczków.

150503-100424_HDR

Odrestaurowany zamek, o którym pisałem także wcześniej, jak zwykle robi na nas niepowtarzalne wrażenie. Tym razem mogliśmy już wchodzić i oglądać miejsca, do których wcześniej nie było dostępu. W zamku oświetlono część tras podziemnych, do których trzeba było wchodzić w kucki – co dla mnie było już czynnością ekwilibrystyczną i ruchowo wymagającą 🙂 Jednak zaplanowane na ten dzień atrakcje wydawały się być mało profesjonalnie przygotowane. Informacje na oficjalnej stronie zamku nijak miały się do rzeczywistości. Program rozpoczął się godzinę później a atrakcje jak się okazało  zaplanowano w mniej-więcej godzinnych odstępach. Tak przygotowana impreza trochę zniechęciła nas do bezprodukcyjnego siedzenia i wyczekania. Chyba zabrakło animatora, który poprowadziłby ten dzień? Nie doczekaliśmy zatem do pokazu życia dworskiego czy turnieju szabli. A pokaz tańca okazał się wspólnym wężykiem po dziedzińcu zamku.

Dziewczyny zjadły lody i obwarzanki. Po obejściu zamku, strzelaniu z łuku odrobinę porysowały i zaczęły się nudzić. Wracając do Świerkowego Wzgórza wstąpiliśmy do świeżo otwartej Wioski Indiańskiej. W Tipi można było obejrzeć jakąś bajkę animowaną, odprężyć się przy muzyce relaksacyjnej albo przymierzyć pióropusz i obębnić indiański rytm. Na placu przywiązano już uprowadzone białe twarze a w oddali można było poćwiczyć strzelanie z łuku – co oczywiście dziewczyny z radością wykorzystały. Przed dużym indiańskim terenem czekał koń by chętnych przewieźć na swoim grzbiecie. Obok przygotowano plac, na którym w dużych pompowanych kulach można było się turlać. Czynność niełatwa i nasze córcie napawająca strachem.

150503-144314

150503-152224

Droga powrotna i ostatnie popołudnie uraczyły nas pięknymi barwami, wobec których nie mogliśmy pozostać obojętni.

 

150503-185835

***

Czas pożegnać się z Małopolską, z górami Świętokrzyskimi, z majówką. Ale zanim wyruszymy, trzeba się znów zapakować. Tym razem bez korków i w normalnym czasie wracamy do miasta 🙁 Niestety dwugodzinny teatr w wykonaniu Mai zakończony klasycznym fochem, okazał się bardziej męczący niż czterogodzinna droga.

– jestem głodna! – kiedy dojedziemy? – zjeżdżam z fotelika! – zimno! – chcę jeść i pić! – długo jeszcze?

***

Tipi czy Wigwam?

Tipi było domem Indian zamieszkujących Wielkie Równiny – czyli plemion koczowniczych, takich jak Lakota, Czarne Stopy czy Cheyen. Konstrukcja tipi była ruchoma, czyli można ją było łatwo złożyć, a w razie potrzeby przenieść w inne miejsce.

Wigwam charakteryzował się konstrukcją stałą. Jego żerdzie wkopane były w ziemię. Wchodząc do środka, schodziło się niejako w dół. Dzięki temu zagłębieniu w wigwamie było cieplej. Był mniejszy od tipi i stawiany przez plemiona Ameryki północno−wschodniej.

Print Friendly