To był już przedostatni dzień naszego pobytu w Szwecji. Niestety. Pogoda wciąż była piękna, choć tego dnia zrobiło się pochmurno i zanosiło na deszcz. Nadal jednak ciepło. Zaryzykowaliśmy jednak wyprawę do centrum. W planach był rejs statkiem między wysepkami.

Po półgodzinnej drodze pociągiem, metrem i tramwajem już wiedzieliśmy, że plany trzeba zmienić. Plan: Junibacken – czyli muzeum (położone na wyspie Djurgården) poświęcone postaciom szwedzkiej literatury dziecięcej. Przede wszystkim z książek Astrid Lindgren. Pomnik pisarki stoi właśnie przed muzeum. Ponieważ pogoda spłatała figla nie tylko nam, do muzeum zwaliły się tłumy. Nie wiem czy tłumy to dobre określenie, bo kolejka była ogromna – sięgała nawet na zewnątrz. Po dwudziestu minutach stania, dotarliśmy do kasy. Troje dorosłych, trójka dzieci. Zapłacone. Oooooo. Poinformowano nasz, że zwiedzających jest bardzo dużo i musimy poczekać półtorej godziny. Zdecydowaliśmy się na ten masakryczny krok. Dlaczego masakryczny? Bo muzeum nie jest chyba przygotowane na taką ilość szalejących dzieci i przekrzykujących się dorosłych. Zanim przyszła nasza kolej, trzeba było zagospodarować czas chodząc między zabawkami dla dzieci, placykami zabaw. Oczywiście wszystko oblegane. Ciężko było się wcisnąć i cyknąć parę zdjęć. Zjedliśmy coś i podążając za głosem muzyki i śpiewów trafiliśmy na piętro. Tam paru animatorów zabawiało dzieci. W tym miejscu nie było na szczęście krzyków, pisków i przekrzykiwań. Był porządek i pełna współpraca z aktorami. Dziwnym trafem trójka naszych dziewczyn była prawie identycznie ubrana co animatorzy, w biało-niebeskie pasy. Tam spędziliśmy niecałe pół godziny. Zwiedzaliśmy zrekonstruowaną Willę Śmiesznotkę – domek Pippi – kuchnię z rozwałkowanym ciastem na podłodze i jej pokój na strychu. Było naprawdę miło. Zbliżała się nasza godzina. Zabrzmiało mrocznie 😀 Zeszliśmy więc na parter, przepchnęliśmy się przez mniejszą już ilość osób i ustawiliśmy się przed właściwe wejście. Wreszcie! Hurra! Po tamtej stronie było już luźniej. To nadal nie było „to” właściwe miejsce. Kolejna spora ilość atrakcji zlokalizowana była wokół tzw. Placu Opowieści Książkowych (szw. Sagotorget), przy którym znajdują się domki, z których każdy poświęcony jest postaciom autorów innych niż A. Lindgren. Można było wejść do małego domku muminków. obejrzeć inne ciekawe budowle, motory, samoloty i wiele, wiele więcej. Tu spędziliśmy około 25 minut – więc już mniej niż wcześniej. Wreszcie poproszono nas na mini stację kolejkową. Mogliśmy zajmować miejsca w wagonikach, które miały nas zabrać do świata Astrid Lindgren. Podzieliliśmy się po trzy osoby i, z braku języka polskiego, wybraliśmy angielski. Choć ten jest także „kulawy”. Lepsze jednak to, niż „po szwedzku”. Wagoniki ruszyły… i teraz się okazało co to właściwie jest, jak wygląda muzeum. Podwieszone wagoniki poruszały się nad makietami bajek, lub wjeżdżały do domków z bajek. Kolejka zatrzymywała się przy miejscach charakterystycznych dla najbardziej znanych prac pisarki. Przez cały czas z głośników wagonika leciały odpowiednie bajki, ze świetnymi dialogami, muzyką. Przejażdżka była klimatyczna. My czuliśmy się uczestnikami tych oglądanych bajek. To było naprawdę coś niesamowitego. Tym bardziej, że wagoniki poruszały się w każdą stronę, w górę, w dół, obracały się i skręcały. A po otwarciu drzwi, przejeżdżały także przez środek pokoju. Ile czasu trwała przejażdżka? Jakieś 20 minut! Niedosyt. To czuliśmy po wypięciu się i zejściu z wagoników. Chciało się jeszcze raz. Obeszliśmy tylko jeszcze raz muzeum i zrobiliśmy kilka zdjęc. Dziewczyny powygłupiały się. Majka poukładała klocki z jakimś obcokrajowcem – dogadując się z nim. Tu widać, jak łatwo dzieci nawiązują kontakt z rówieśnikami. Nawet tymi, którzy posługują się odmiennym językiem. Dzień w muzeum skończył się i czas było wracać do domu. A za dwa dni do Polski 🙁

Print Friendly