Niedaleko San Piero a Sieve, może nawet bliżej Novoli, znajduje się Castello del Trebbio. To miejsce wypatrzyliśmy w Domu z Kamienia. Nie mogło więc go zabraknąć w naszym rozkładzie jazdy. Tuż po śniadaniu wyruszyliśmy w krętą drogę. A im bliżej miejsca docelowego, które dziwnym zrządzeniem losu nie dawało się zlokalizować przez naszą nawigację, ów droga stawała się coraz bardziej niewiadoma. Więc co i rusz musiałem się zatrzymywać i upewniać co do słuszności obranego kierunku. Choć informacje dotyczące dojazdu, otrzymywane od napotkanych ludzi, były sprzeczne to pozwalały mi rozwijać moje marne umiejętności językowe. „Prosto i za 200 m trzeba skręcić w prawo. Potem w górę”. „Nie, nie. Trzeba zawrócić i przez rondo pojechać prosto. Na światłach w prawo”. „Proszę dojechać do ronda, skręcić w prawo i dalej prosto około kilometra”. I wreszcie coś co się sprawdziło: „tak, tak. Jedź dalej prosto około 1 kilometra. Po lewej będzie tablica TREBBIO. Później już tylko ze dwa kilometry w górę”.

A tam piękna szutrowa aleja cyprysowa skąpana w przebijającym przez drzewa słońcu. Wygląda bosko! Mamy nadzieję, że zamek też będzie boski. Zatrzymujemy się przy jakimś budynku. Po prawej widać mury oddzielające posiadłość od drogi. W oknie wystaje sympatyczna kobieta w podeszłym wieku. Zagajam więc: „Wiesz, czy można zwiedzać zamek? Jest otwarty?” A w odpowiedzi słyszę: „Nie! Teraz to jest prywatne i nie jest możliwe zwiedzanie”. No! Konsternacja! Natalii napływają łzy do oczu – bo przecież przyjechała tu z nami by zamek zwiedzić! No nic. Idziemy w stronę wejścia. Obejrzymy sobie chociaż „przez płot”. Wrrrr!

160718-120229

Oooo. Brama jest uchylona! To dobrze wróży. Mimo tabliczki ostrzegającej przed psami przeciskam głowę. Potem, gwiżdżąc na ewentualne bestie, sam się przeciskam. Jeden krok, drugi. Gwiżdżę. Kolejny krok i jeszcze jeden. Idzie dobrze. Biorę telefon i robię zdjęcia. No, trzeba wykorzystać okazję. Gwiżdżę. Teraz dodaję głośne zawołania „buongiorno”, „c’è qualcuno qui”. Krok, kolejny. Gwiżdżę. Ale już widzę, że psów nie ma. Więc spokojniej przemieszczam się w stronę otwartych drzwi zamku, ciągle nawołując dodając angielskie „hello”, polskie „dzień dobry”, by znów zakończyć na „buongiorno”. Brak żywej duszy. Włożone klucze w otwarte drzwi mogą sugerować, że właściciel lub ktokolwiek inny skrywa się w środku. Zaglądam więc i ukradkiem robię kolejne zdjęcie. Po wielokrotnym nawoływaniu nadal efektu brak. Wycofuję się do bramy by tym razem wejść na teren razem z Natalią i Mają. Podchodzimy do ogrodu. Robimy zdjęcie. Nawołujemy. Tym razem wspólnie. Znów podążamy do otwartych drzwi i wspólnie zaglądamy do środka.

I wtem pojawia się znikąd mężczyzna. Natychmiast wyjaśniam powody naszej wizyty. Tłumacząc, że specjalnie przyjechaliśmy z Polski zwiedzić ten zamek, że Natalia uwielbia zamki, że bardzo nam zależy. I robiąc mgliste oczy, niczym z filmu Shrek, zadaję to konkretne pytanie. Niestety samego zamku nie możemy zwiedzić ale zarządca pozwala nam przejść się po ogrodzie. Chętnie oprowadza i trochę opowiada o okolicy, pokazując nam panoramę na Mugello. Dużo wspomina także o historii samej posiadłości. Choć ze zwiedzania zamku nic nie wyszło, to jednak półgodzinny spacer wokół niego pozwala nam poczuć się wyśmienicie. Na koniec jeszcze tylko wspólne zdjęcie.

Według informacji otrzymanych od zarządcy, początki istnienia Villa del Trebbio datuje się na 1005 rok. Dopiero później (na początku XV wieku) systematycznie przekształcana i rozbudowywana stała się częścią rozległego kompleksu budynków oraz własnością ziemską rodziny Medici, o czym informuje pierwsza (1427 rok)deklaracja podatkowa Florentine. Budynek opisano w niej jako średniowieczną twierdzę w Mugello.

 

W 1429 roku, po śmierci Jana Medycusza, willę odnowił jego syn – Cosimo, nadając jej charakter warownego zamku, zachowując wieżę, fosę i most zwodzony. Ponadto willa z dwoma tarasami i ogrodem umiejscowionym na jednym z nich, pokazuje także swój inny charakter. To doskonałe miejsce odpoczynku, przyjemności i spotkań. Ogród był doskonałym miejscem odosobnienia dla Cosimo, z dala od kłopotów politycznych w ówczesnej Florencji.

Ogłaszając nasz sukces, wszyscy, szczególnie Natalia, wychodzimy uszczęśliwieni… A Zarządcy dziękujemy za możliwość poczucia naprawdę niezwykłego klimatu.

Print Friendly, PDF & Email