3 kilometry od północnej granicy Emilii-Romanii, w delcie najdłuższej rzeki Włoch – Padu (Po) – znajduje się Comacchio. To raptem 35 km od Ravenny i 110 km od Wenecji.  Zbudowane na ponad 13 małych wysepkach miasto zostało nazwane Małą Wenecją. Jednak według mnie pod każdym względem nie dorasta do Wenecji.

Pod rządami Gothów i Lombardów, Comacchio zawdzięczając fortunę swoim basenom solankowym, stało się siedzibą księstwa Lombardii. Przechodząc „z rąk do rąk” pomiędzy Frankami a Wenecjanami doczekało się najazdu Saracenów, którzy w 876 roku puścili miasto z dymem. Po wykupieniu miasta przez Stolicę Apostolską, Comacchio zostało przyłączone do arcybiskupstwa Ravenny. Tyle krótkiej historii…

Pomimo tego, że miasto jest stare i mogłoby z powodzeniem dorównywać innym wyśmienitym miejscom w Italii, to muszę powiedzieć, że tak nie jest. Mimo upału, wieje chłodem i nie najniższymi cenami. Może wieczorem albo podczas jakiejś festy Comacchio tętniłoby życiem. Ale nie w ciągu dnia! Oprócz kilku pięknych w środku kościołów z XVI i XVII w, parunastu mostków, nic tu nie ma, nic się nie dzieje. Po kanałach pływają sztuczne kaczki, a nabrzeża udekorowane są plastikowymi kokardkami. Gdzie wzrokiem sięgnąć można dostrzec jedno: brak zieleni. Gdzie się podziały kwiaty w oknach? Gdzie te znakomite sznury z wysychającymi ubraniami? Gdzie klimat Włoch? Tak niewiele potrzeba, by było tu przyjemnie, swojsko, ciepło, przytulnie… Tu naprawdę czegoś brakuje, jakiegoś pomysłu na ożywienie miasta, w którym drzemie ogromny turystyczny potencjał. Zresztą sami zobaczcie zdjęcia, na których miasto wygląda całkiem nieźle.

Wracamy do domu… Ale po drodze zjeżdżamy z drogi by urozmaicić sobie czas podróży. Zatrzymujemy się przy polnej drodze i wzdłuż winorośli podążamy w stronę Valle Campo. Nabrzeże dzikie, suche i mało przyjazne. Robimy więc kilka zdjęć i wracamy do samochodu. O matko!!! Chmara komarów nie do powstrzymania opanowuje nawet wnętrze samochodu. Ucieeeekamy! Ale jeszcze przez długi czas w samochodzie trwa nierówna walka z krwiopijcami i wycieranie upapranych krwią okien.

Oooooo! tu po prawej! Trzeba było zjechać. No trzeba było 🙂 Więc zawracam na najbliższym rondzie i znów zjeżdżamy z głównej drogi w stronę rozlewiska. Jak się okazuje tuż obok przepływa Lamone … ta sama co płynie przez Biforco, Marradi i Faenzę. Parkujemy samochód i idziemy do kilkudziesięciometrowej wieży obserwacyjnej. Pięknie. Sielsko. Mnóstwo ptaków, zieleni. No i nie ma komarów 🙂

Ostatnim punktem naszej wycieczki nieoczekiwanie stał się Pieve di San Giovanni in Ottavo nieopodal Brisighelli. To zbudowany w stylu romańskim najstarszy kościół w dolinie Lamone. Szacuje się, że powstał między VIII a X w. W podziemiach kościoła znajdują się fragmenty naczyń ceramicznych starszych niż sam kościół bo z okresu I w.p.n.e – IV w.n.e. A dlaczego w nazwie kościoła znalazło się „in Ottavo”? Ano dlatego, że został zbudowany na 8 mili rzymskiej łączącej Faenzę z Toskanią. Niestety kościół był zamknięty więc jego wnętrza nie mogliśmy podziwiać. A mówi się, że jest wyjątkowe. Może innym razem? Obeszliśmy więc dookoła i wsiedliśmy do samochodu zaparkowanego w cieniu, nieopodal cmentarza.

 

Print Friendly