To już właściwie nie Toskania. To już Emilia-Romagna i Marche. Ale zanim tu dotarliśmy, dopakowaliśmy do końca samochód, pożegnaliśmy się z Emilią i Giancarlo, rzuciliśmy ostatni raz wzrokiem na Piano Rosso i zahaczyliśmy jeszcze o Dom z Kamienia. Oj przykro wracać… Nie obyło się bez zakupów kawy Mokador, produkowanej w tym regionie. Gorąco wam polecam. Po przejechaniu 130 kilometrów docieramy do utworzonej w 301 roku najstarszej republiki świata, odwiedzenie której mieliśmy w planach już wcześniej; ale nie wyszło. Wjeżdżamy pod samą górę, szukając miejsca parkingowego. Potem kilka pięter windą, schodami, znów windą i wchodzimy do starego centrum miasta-państwa. Tu języki przeplatają się niczym na bazarze. Wszędzie stragany i mnóstwo sklepików. Po polsku, rosyjsku, niemiecku, włosku, grecku… Dogadasz się bez problemu. Tu promocja, tam promocja. A i tak wytargujesz połowę. Ludzi masakrycznie dużo. W końcu to środek dnia. Ciasno i dla Asi zbyt turystycznie. Też myślę, że gdyby „zniknąć” tych wszystkich ludzi byłoby cudownie. Idziemy na jedną z trzech wież umiejscowioną na jednym z trzech wierzchołków góry Titano. Robimy zdjęcia, zwiedzamy, i po niedługim czasie się zwijamy. W drodze do samochodu, przyciągnięci jedną z wystaw, robimy drobne podarunkowe zakupy w tym cudownie wykonane szachy.

A teraz zdjęcia…

Trzeba przyznać, że widok był zachwycający!!!

160730-123649

 

… i jeszcze krótki film:

Print Friendly