No to dotarłem do ostatniego wpisu dotyczącego naszych włoskich, Toskańsko-Romagnolskich wakacji. Aż przykro opuszczać Italię. Przed nami droga w stronę Austrii. I przejezdna i nie. Ale pełna kultury tych, co nią jadą. Oczywiście pod warunkiem, że nie trafi się typowy polski szeryf szos. Pacan blokujący kończący się pas, cymbał nieumiejący jeździć na tzw. suwak. No cóż… jak to mówią: są ludzie i parapety. Pominąwszy ten incydent, drogę do nocnego miejsca odpoczynku mieliśmy wyśmienitą.

Kilka kilometrów za Villah zjeżdżamy z autostrady i kierujemy się w stronę Treffen. Tam, kilka dni wcześniej, zarezerwowałem pokój w hotelu Alpinum. Przejeżdżamy małymi uliczkami ukwieconego miasta. Nawigacja pokazuje nam jeszcze ponad 10km do celu, a zaczyna się las. Podążamy w górę… O! szlaban. W środku lasu. Niemieckiego ni w ząb więc zaczynam mieć wątpliwości czy elektronika mojego samochodu wie co robi 🙂 Stoimy. Ale jest zielony przycisk, który odważnym ruchem ręki wciskam. Sam pozostaję w stanie zwątpienia co do słuszności kierunku naszej podróży. Po drodze, w tej całej głuszy mijamy samochód, który zatrzymuję by zorientować się czy tą drogą dojedziemy w stronę hotelu Alpinum. Oj! Znowu po niemiecku. Więc Mówię tylko „Alpinum” akcentując tak by powstało pytanie. Teraz już mam pewność. Z mojej strony nie pada „dziękuję”, „danke” czy „thanks” … ale „grazie mille”. No ładnie 🙂 Jedziemy dalej wąską drogą mijając co pewien czas tabliczki z informacjami na jakiej znajdujemy się wysokości. Wreszcie docieramy na wysokość 1500m. Łaaaaaaał! Ale widok na miasta w dole! Dech zapiera. Parkujemy autko i żwawym krokiem podążamy do hotelu. Wyciągam telefon z zapisaną rezerwacją i zaczynam produkować się to po angielsku, to po włosku, dodając do swojej wypowiedzi elementy komunikacji werbalnej. Po kilku minutach mojej wypowiedzi, dając dojść do głosu właścicielowi słyszę coś w stylu: „ale łatwiej będzie nam porozumiewać się po polsku”. No tak. Przecież hotel prowadzą Polacy 🙂 No ile radości i śmiechu było….

W niedużym pokoju dziewczyny mają radochę. Jest łóżko piętrowe. Natalia rezerwuje sobie górę. Maja ma dół. Ja idę do restauracji po herbaty dla nas. Przy okazji piwko dla siebie 😉 Jesteśmy w regionie Karyntii – tu wieczorami i nocą chyba zawsze pada, chyba zawsze jest burza. Była dwa lata temu, była w drodze do Włoch. Musi być i teraz. Budzi więc nas w nocy swoim hukiem niesionym po szczytach i piorunującą jasnością, która pozbawia nas prądu. Maja przenosi się na inne łóżko. Ja zajmuję parter łóżka piętrowego. Rano wszystko się uspokaja. Chociaż nie! Po ujrzeniu takich widoków jakie zaprezentował nam poranek nie można być spokojnym. Czas na obfite śniadanie, zdjęcia i krótki spacer wokół hotelu.

Ruszamy w stronę Czech. Tu, trafiamy na zupełnie odmienną pogodę. Zrobiło się ponuro. Chmury zawisły przez moment jakieś 150 centymetrów nad autostradą, pozwalając nam dotknąć ich spodu. Widok i uczucie niezwykłe, mogąc jechać tak idealnie pomiędzy ziemią i niebem… I już Polska 🙁 Jeszcze tylko trzeba rozpakować samochód…

 

Print Friendly