Nasz trzytygodniowy pobyt na nowym terenie obfitował w nowe znajomości. Te większe i te mniejsze. Te bardziej przyjazne i mało przyjemne. Do niektórych przywykliśmy, zaprzyjaźniliśmy się na tyle, że nie robiły na nas większego wrażenia. Od czego by tu zacząć? No nie wiem.

Pierwszy dzień i wielki żuczek. Można powiedzieć żuk. I na dodatek próbujący przestraszyć Norberta swoim „łuuu”. Niestety zdjęcia nie posiadamy. A później nie nadawał się już do fotografowania. Ale radosne „łuuu” pozostało nam do końca 🙂

Pewnego razu przyczaił się na oknie piękny patyczak. Siedział tak prawie cały dzień i gibał się w rytm podmuchów wiatru.

Siedzimy sobie przy basenie, pod pięknymi drzewami z tutejszymi szyszkami. Skoro są szyszki to należy użyć ich jako broni. Wojna! Niestety nasze działania spowodowały „atak” miniaturowych pajączków, które skrupulatnie strzepywaliśmy z siebie w ciągu dnia. Kto by przypuszczał, że te pajączki zaczną się wgryzać w naszą skórę. Cholerne kleszcze wydłubywaliśmy przez dwa dni JESZCZE!

Muuuu. Krowa z dzwonkiem. Właściwie białe krowy głosu chyba nie mają. Tylko pięknie dzwonią swoim przywieszonym dzwoneczkiem.

Czas spania. Krzyki. To tylko skorpion pod kołdrą Norberta. Kolejny pojawił się pod prysznicem. A jeszcze inny wędrował po ścianie. Zwierzątko wbrew powszechnej opinii nie jest groźne. Można powiedzieć, że nawet niechętne do jakiegokolwiek ataku. A jeśli już ukłuje to powoduje obrażenia porównywalne z ukąszeniem osy. Wystarczy wyjąć żądło i zrobić zimny okład.

Motylki duże i nieduże… Na początku pobytu, z racji naszego nieprzystosowania i przewrażliwienia – wiele z nich straciło życie siadając na szyi, ramieniu i innych mało widocznych miejscach. Potem było już tylko lepiej.

Czarne stonogi. A może nawet 200-nogi. Zbłąkane poruszały się po ścianach niczym wakacyjne pociągi na terenie Polski. Zatrzymywały się to tu, to tam i ciągle zmieniały rozkład jazdy.

Żuczki gnojarki spotykaliśmy na szlakach. Szczególnie w drodze nad Cascata Acquacheta. Nie ma co się rozpisywać. Temat gówniany 🙂

Żuczki zielone. Metaliczne. Przestraszone chowały się pod swoim pancerzem i wyglądały jak skarabeusze. Brakowało tylko mumii.

Cieśla. Tycz cieśla. Obróbkę drewna ma obcykaną 🙂 To chrząszcz należący do rodziny kózkowatych. Choć z kozą ma niewiele wspólnego. Oto duży owad który może osiągać wielkość 24 mm. A jego charakterystyczną cechą są bardzo długie czułki, będące nawet 3-5 razy dłuższe od ciała

Cykady są wszędzie. Ale najwięcej hałasu robiły w Dozzy. I tam też mogliśmy bez problemu je dostrzec i sfotografować. Zastanawiałem się jak zareagują na dotyk. Ponieważ moja odwaga była mizerna, użyłem swojego telefonu by delikatnie dotknąć stworzenia. Ależ mnie przestraszyła robiąc nagły skok w moją stronę. Tylko potem Asia dziwiła się dlaczego mój telefon leci na środek ulicy. Przeżył!

Koty właścicieli. Białe… Więc o magii nie było mowy. Chyba że o białej 🙂

Siedzimy sobie przy drewnianym stole. Gramy w 7 cudów wpatrując się w cudowny zachód słońca. O! co to leci? Osa? Pszczoła? Bąk? O cholera! To szerszeń. Starsze dziewczyny, nie wiedzieć czemu wskakują na ławy, młodsze dały nogę do domu. Niewiele myśląc, razem z Arturem łapiemy nasze klapki i urządzamy rodeo! Ważne, że na zdjęciach zostało uchwycone – bo przecież aparat to podstawa (w każdych warunkach). Pomimo „strachu”, śmiechu było co niemiara. Może to po piwie.

Nieopodal, na wzgórzu można było upolować bażanty. Fotografii brak – ptactwo było szybsze od migawki aparatu.

Zjeżdżając w dół, do Biforco, (lub wracając do Piano Rosso) niejednokrotnie mogliśmy spotkać sarenki. Ale te to zawsze są płochliwe 🙂

Na drodze bardzo często witał na kogut. Nawet niespecjalnie miał ochotę schodzić z drogi. Może czekał na jakąś opłatę?

Zapraszam po dawkę zdjęć:

Print Friendly