Zbieramy się do wyjścia… Już czas! krzyczę do Natalii i Ady. Dziewczyny przygotowywały się już od dłuższego czasu więc czekać i powtarzać nie trzeba było. Latarki zapakowane, bluzy również znalazły się w plecakach. Ja biorę aparat fotograficzny – bo niby po co mi aparat ortodontyczny Majki 😉 – i jedziemy do Popolano. Tam, przed kościołem wypełniamy deklaracje uczestnictwa i dołączamy do oczekujących na wyprawę. O 20:00 ruszamy na nieskomplikowaną 6-kilometrową wyprawę. Muszę przyznać,  że ja nastawiałem się na duży wysiłek i miałem obawy o swoją kondycję. Trasa okazała się jednak łatwa i nie sprawiała chyba nikomu większych problemów. A ja spokojnie mogłem biegać z aparatem i utrwalać to co piękne. Wśród niezwykłych widoków na doliną Lamone, na gaje kasztanowe, na wzgórza i góry, na opuszczone gdzieś po drodze gospodarstwo – ta niepowtarzalna i ciepła atmosfera panująca wśród 120-osobowej grupy napawała naprawdę cudownym optymizmem. Jak wzrokiem sięgnąć, ciągną się wszyscy dość równym krokiem do kolejnego postoju. Słychać rozmowy, śmiechy, żarty. Daje się wyczuć tę chęć wspólnego przebywania ze sobą. Tak naturalnie, wśród natury. Docieramy wreszcie do punktu, z którego wśród achów i ochów wszyscy możemy podziwiać cudowny zachód słońca. Jest pięknie!

 

Chwilę później zakładam latarkę na czoło. Mogę wreszcie poczuć się jak cyklop. Stralunata nabiera niezwykłości. Nad drzewami właśnie zawisł księżyc, a noc wreszcie zagarnęła niebo dla siebie…

Podążamy na miejsce startu. W Popolano czeka na nas uczta i mnóstwo dobrego humoru…

Print Friendly