Wiatr od morza, czyli różne formy literackie prosto z gór. Bo Pomorze jest dalej.

To ostatni dzwonek na jakiekolwiek wyprawy przed rozpoczynającym się rokiem szkolnym. – No to gdzie jedziemy?  – pyta któreś z nas, któregoś z nas. – A gdzie nas nie było?! – tym razem, z całą pewnością odpowiadam ja. – A może by tak w Świętokrzyskie? – na pytanie odpowiedzią jest pytanie. Ale to prawda, że Świętokrzyskie jest blisko. A i poznane do końca nie jest. Polska nieznana jest autentycznie na wyciągnięcie ręki.

Wkrótce nasz cel się klaruje a odpowiedzią na wcześniejsze pytania są „koty”. Serio? Koty? Jakie koty? – pytam. Ciekoty nie koty! – zostaję skarcony słownie. Brzmi ciekawie. I jak się okazuje Ciekoty to miejsce, w którym u stóp góry Radostowej usytułowany jest drobnoszlachecki budynek będący rekonstrukcją XIX-wiecznego dworu, będącego z kolei literacką inscenizacją dworku rodziny Żeromskich. Łoooo! moje zdanie wielokrotnie złożone zasługuje na jakąś nagrodę. Albo i nie 🙂

Dwie godziny spokojnej jazdy i zamaskowani wbiegamy do Centrum Edukacji i Kultury Szklany Dom. Epidemia to jednak dobry czas – bo ludzi mało. Bo posłuchać można spokojnie. Bo pooglądać to i owo. A i na zdjęciach uwiecznić można sporo ciekawych rzeczy. Wnętrza stylizowane na XIX-wieczne wyposażono w meble i sprzęty z epoki. Część z nich kupiono, część podarowali odwiedzający, a sporo z eksponatów stanowi depozyty Muzeum Narodowego w Kielcach i Muzeum Wsi Kieleckiej.

Na zewnątrz olbrzymi teren z soczystą zielenią oraz zbiornikiem retencyjnym cudnie komponującym się ze świętokrzyską przyrodą i otaczającymi nas wzniesieniami. Stąd planujemy dostać się na Radostową. Ale jak to w zwyczaju mamy – nie jakimś tam znanym szlakiem. Kto by chciał iść na łatwiznę. My musimy sobie utrudnić życie. Ale z drugiej i trzeciej strony – po wszystkim mamy co opowiadać. Po wszystkim jesteśmy bogatsi we wspomnienia.

Ruszamy więc dziarskim krokiem tak jak to nam wstępnie nakreślono. Ale dwa rozwidlenia to już zbyt wiele. A potem opcje się tylko zwielokrotniają. A i w perspektywie docelowe wzniesienie zaczyna się oddalać z szybkością dźwięku. Zaczynam pod nosem narzekać, klnąc wręcz soczyście. I tu można by zacząć zastanawiać się jakie są dzieje grzechu.  Przed nami pola. I właściwie nic poza nimi. W oddali większe wzniesienie. Może to Święta Katarzyna. Kto to wie. Elektroniczny kompas w telefonie zaczął wariować. Ale wracać się żal bo 40 minut wędrujemy niczym ludzie bezdomni. Dobrze chociaż, że pomiędzy polami ciągnie się jakaś dróżka. Niestety przedwiośnie już dawno za nami więc pod nogami mamy tylko tumany kurzu i popioły. Słońce wypala nam czachy niemiłosiernie bo jak idioci wybraliśmy się w samo południe. Wody zaczyna już brakować. Patrzę co chwilę na oddalającą się Natalię, która skupia swoją uwagę na jak najszybszym ogarnięciu celu. Gdyby założyła swoje żołnierskie buty mógłbym tylko głośno ją wywoływać a i tak odzywały by się jedynie echa leśne śpiewające o żołnierzu tułaczu. Na tym pustkowiu niewiele się ostało. Żadna róża, Żadne źdźbło.

Ponad głowami obserwuję tylko dwa latające drapieżniki. Czyżby czyhały już na jakąś padlinę? Krzyczę do wszystkich byśmy przyspieszyli kroku, zwarli szyki i dziarskim krokiem kierowali się w odpowiednim kierunku. Inaczej rozdziobią nas kruki, wrony.

I jest … jakaś asfaltowa droga. Widzę chatę, tok swojsko przystrojoną tasiemkami, kwiatami i innymi cudownościami. Chyba wpasowywaliśmy się w tutejszy folklor – radośni, duchowo kolorowi. A przede wszystkim głośni. Niestety na moje zapytanie „czy daleko jeszcze” usłyszałem na wstępie tylko obelgi i krzyki żebym się wynosił, bo nikt tu nie potrzebuje nawracania na inną wiarę, i w domyśle nikt nie toleruje tu odmieńców. Hmmmm… Uwielbiam tych wszystkich „świętych”, którzy z daleka oceniają ludzi chociaż ich w ogóle nie znają.  Na szczęście po wyjaśnieniu, że nie przyszedłem nawracać na żadną wiarę ani politycznie agitować otrzymałem dość spójną odpowiedź jak dalej iść: „Prosto i w lewo”. Ta! jasne tam były znowu dwie odnogi. Qwa i co dalej począć? Po drodze spotkaliśmy jeszcze kilkoro innych piechurów. Tych co szli w górę i tych schodzących. Tu sytuacja była z goła odmienna. Sympatyczne „dzień dobry” i błyskawiczna pomoc jak iść dalej. To lubię w górach… To lubię w ludziach, którzy kulturalnie chłoną górskie klimaty.

Ale idziemy… Mapka się odpaliła i zacząłem znowu mieć trasę pod kontrolą. Droga na wzgórze zaczęła stawać się bardziej stromą. Dzieciarnia była już dawno z przodu. Ja człapałem jakoś w niedużej odległości za najmłodszymi. Niestety peleton zamykała siłaczka – Asia, sapiąca niczym lokomotywa. Na dodatek ciągnąca zdecydowanie więcej wagonów niż 40. No cóż taka to uroda życia. Teren wyrzeźbiony przez wiosenne roztopy sprawiał więcej trudności niż nam się wydawało. Wydawało się, że na samą górę nie dotrzemy, ze będziemy się staczać tylko. I to nie raz. Na myśl przyszły mi syzyfowe prace.

Ale jest! Szczyt osiągnięty. Zmachani ale zadowoleni. Potem jeszcze tylko zahaczenie o Świętą Katarzynę by wchłonąć jakieś lody i można było wracać do domu. Bo zmierzch nadciągał wielkimi krokami. Ponieważ po drodze mieliśmy nasz często odwiedzany Bodzentyn – tradycyjnie zawitaliśmy do ruin zamku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.