Tuż po przyjeździe… tego samego dnia dzieci stwierdziły, że koniecznie muszą iść się popluskać w basenie. Co tam rozpakowanie samochodu. To przecież nie należy do najmłodszych. Słusznie… bo basen niczego sobie. Przydział do sypialni odbył się w miarę sprawnie i należało tylko ogarnąć wypakowane ciuchy, no i mokre dzieci.

Kolejne dwa dni to obcowanie z otaczającą dom naturą. Tu i ówdzie… albo inaczej: wszędzie rosła lawenda i rozmaryn. Po prostu w ogromnych ilościach. Już po wjeździe na teren Włoch i po drodze do Bagna, wszędzie dało się zaobserwować ogromne ilości krzewów lawendy i rozmarynu. Klimat odpowiedni. A poza tym żywopłoty z liści laurowych. Niesamowite.

Wracając do najbliższego otoczenia… krzewy piękne, o żywych kolorach… przyciągały wzrok, węch, pszczółki i motylki. Dom kamienny, piętrowy, klimatyczny z dwiema kuchniami, sześcioma pokojami i czterema łazienkami robił wrażenie. Na zewnątrz ogromny taras z ogromnym stołem. Doskonałe miejsce na wspólne posiłki. Ponieważ dostęp do internetu był tylko w tym miejscu i tylko dla maksymalnie 4-5 równoczesnych połączeń – został nazwany Kafejką Internetową. Ten limit i zasięg daleki był od współczesnych możliwości. No cóż – nie można mieć wszystkiego.


Idąc w stronę basenu można było spotkać na kamiennych schodkach uciekające jaszczurki. Próbowały również wdrapywać się po kamiennym domu ale przyczepność łap widocznie nie była wystarczająco rozwinięta, bo niejednokrotnie zwierzątka spadały z wysokości kilku metrów. Obserwując ich wytrwałość można przypuszczać, że za kilka lat dojdą do odpowiedniej wprawy. Dookoła ogromnego basenu rosła lawenda, rozmaryn i drzewka oliwne. Leżaki i parasole dopełniały sielankowego klimatu wakacji. Poniżej, odkryte przez dzieci konie oraz szwendające się kury i drące dzioby koguty. Tak na marginesie – wyjątkowo punktualne. Codziennie o 8:05 dawały czadu do pobudki.

Ponieważ pogoda sprzyjała, od rana do późnego popołudnia co niektórym słońce mocno przygrzało i normalne pływanie na basenie przerodziło się w totalne wygłupy. Skoki na bombę, lewitacja, nurkowanie i skoki synchroniczne opracowaliśmy do perfekcji. Zmyślne figury i techniki skoków mogły równać się z najlepszymi.

Wieczór to pożeranie makaronów z trzema różnymi sosami i profesjonalne przemówienie Artura. Po takim posiłku wspólne granie w kalambury stawało się wyjątkowo zabawne. Niezapomniane widoki swobodnej, niczym nieskrępowanej gestykulacji powróciły po poprzednich wakacjach na Kaszubach. Zabawa i ubaw po pachy. Ilość płynów bursztynowych i czerwonych rozjaśnił męskie umysły i twórczo udało się zaprojektować i wykonać wyjątkową lampę z latarki, butelki z wodą i wierzchniej części pudełka od gry planszowej. Efekt – niesamowity.

Kogut, poranna kawa na tarasie, basen, kafejka internetowa, konsumpcja we włoskim klimacie i uzupełnianie płynów. Oto doskonały początek naszego drugiego zjazdu.

Print Friendly, PDF & Email