No i stało się! Po wielu miesiącach morderczego wyczekiwania wakacji – te wreszcie nadeszły. Nasza piętnastoosobowa grupa z trudem zapakowała się we wcześniej rozepchane bagażami samochody i wyruszyła, być może, w podróż swojego życia. I nie koniecznie chodzi tu o te 1500 kilometrów w jedną stronę. Nie chodzi też nawet o trzydziestogodzinną podróż do Bagna. Można śmiało pokusić się o stwierdzenie, że samo zorganizowanie takiej gromady i wyprawa do Włoch jest nie lada wyczynem.

Skrupulatnie, misternie opracowany plan podróży miał swój początek praktycznie na obrzeżach Warszawy i ciągnął się przez prawie 1500 km przez Czechy i Austrię aż w okolice Florencji. Słoneczny dzień zapowiadał się… słonecznie. Eeee… inaczej: słoneczny dzień zapowiadał się, że będzie długi. A potem noc i znowu dzień. I cały czas w podróży, upchani w samochodach jak śledzie. Mimo, że godzina czternasta przypada w ciągu dnia (to oczywiste), to zauważyć się dało pierwsze duże rozbłyski powodowane przez spięcia. Na szczęście można je było szybko zalać… chłodną wodą. Nie stosujcie tego chwytu w przypadku elektryczności. Podróż samochodami o zbyt dużym ładunku nie wróżyłaby szybkiego dotarcia do celu. Zatem start. Wyjazd z Warszawy na drogę krajową, ekspresową ukazał kierowcom zwężenia, ograniczenia prędkości i wyboje. Fajnie, że służby drogowe myślą o bezpieczeństwie – rozpędzonym do nieziemskiej szybkości kierowcom przecież nie można dać zasnąć. No i ta bezpieczna szybkość 40 km/h. Ach. Dobrze, że później podróż polskimi drogami była bardziej przyjemna.

Postój jeden, postój drugi, żarcie, ciepłe i zimne napoje. Wreszcie mignęła granica polsko-czeska i wszyscy podróżujący wjechali na światowej jakości drogę… jak się okazało jeszcze bardziej tragiczną, wąską, nierówną… Chwilę późnego popołudnia cała gromada spędziła przed czeskim Tesco. Przed i wewnątrz. No bo konieczność zaopatrzenia się w bursztynowy płyn na dwa tygodnie była bardzo silna. Nocny postój za Wiedniem należał raczej do chłodnych. W końcu okolice drugiej w nocy mimo wszystko nie należą do najcieplejszych. Kawa, herbata, krótkie zdrzemnięcie się i jazda dalej. Zmieniając się za kierownicą dajemy radę 🙂

Tuż przed granicą austriacko-włoską jeszcze jeden większy postój, gdzie można odsapnąć, napić się i lekko zdrzemnąć. I dalej w drogę austriackimi drogami o nawierzchni przypominającej tarkę do warzyw. Kto by pomyślał! Droga gorsza niż w Polsce. Droga gorsza niż w Czechach. Po nocnej jeździe z niemałym deszczem i burzą w tle poranek „obudził wszystkich” chłodnym wiaterkiem tuż przed wielką górą. Klimat otwierał nam szerzej oczy. Znowu kawa, herbata i szybkie przekąski postawiły co niektórych na nogi. Niektórzy chwilę próbowali się zdrzemnąć w bardzo nietypowych pozycjach. Komfortowe spanie na miejscu kierowcy z głową opartą o chłodną szybę to nie to samo co spokojny sen w wygodnym łóżku. No cóż. Takie były warunki. A ponieważ warunki nie pozwalały wygodniej się rozciągnąć, padła decyzja o dalszej jeździe.

Dziesięć kilometrów dalej znaleźliśmy się we Włoszech.  Równa autostrada, pięknie oznakowana i szybka. Łał! Przejaśniło się, a wschodzące słoneczko ukazało nam Alpy w całej okazałości. No jakie widoki… Ze zdziwienia tak szeroko otwieraliśmy paszcze, że zaczęło brakować powietrza w samochodzie. Klima na maksa!

Podjęliśmy decyzję o postoju w założonej w 452 roku Wenecji. Podróż zatem miała się nam znacząco przedłużyć. A co tam… Wenecja stała się ładniejsza niż w latach 80 ubiegłego wieku. To nie to samo miasto, które pamiętamy – brudne, brzydkie, śmierdzące. Chyba, że z wiekiem spojrzenie na miasto uległo zmianie. Oczywiście turystów nie ubyło i pewnie w historycznym centrum jest równie dużo co mieszkańców; 60 tysięcy. Szczególnie gęsto jest na placu św. Marka – patrona Wenecji. Do 1797 roku miasto było jedną z większych morskich i handlowych potęg Morza Śródziemnego. W położonym na wielu bagnistych wyspach mieście najpopularniejszym środkiem transportu był i jest vaporetto – czyli tramwaj wodny. Dopiero w XX wieku wyspy połączono autostradą i linią kolejową. Miasto zyskało popularność dzięki karnawałowi weneckiemu, podczas którego najbardziej istotnym elementem ubioru są maski.

Popływaliśmy, pochodziliśmy, zjedliśmy lody i mogliśmy udać się do celu naszej podróży. Po trzydziestu godzinach jazdy dotarliśmy do kamiennego domu w Bagno a Ripoli. Wydawało się, że po tak morderczej drodze wszyscy padną, pójdą spać… Nic bardziej mylnego…

Print Friendly, PDF & Email