Zbliżał się dzień dziecka więc, by nie stać przy kasie, dzień wcześniej kupiliśmy bilety do ZOO przez Internet. Pierwszego czerwca zaplanowaliśmy „wizytę” w Zoo przed godziną 10:00.

To dobra pora, by w takim dniu znaleźć miejsce na niedużym parkingu i swobodnie wejść na teren. Jak się okazało – tego dnia dzieci mogły wchodzić bez biletu. Pozostały nam więc na inny czas (a internetowy zakup ważny jest przez miesiąc). Jedną z pierwszych czynności jaką musiałem wykonać, to poczłapanie po lody 🙂 Po kilkunastominutowym odpoczynku na ławeczce mogliśmy ruszyć w drogę. Początek zwiedzania, oglądania zwierzaków był dla dziewczyn wciągający. Właściwie dla Natalki pozostał taki aż do samego wyjścia z ZOO. Majka jak zwykle dawała o sobie znać, strasząc zwierzęta swoim zawodzeniem i histerią. No cóż… może jednak dwie godziny to zbyt wiele?

Od 10:30 (albo od 11:00) miały zacząć się jakieś imprezy dla dzieci. Ruch zaczynał się powoli zagęszczać. Na tyle, że nie chcieliśmy wchodzić do pomieszczeń z pająkami, wężami i innymi zamkniętymi zwierzątkami. Pozostawiliśmy sobie obejście terenu zewnętrznego. I tak nie udało nam się zobaczyć wszystkich zwierząt. Przynajmniej z dwóch powodów: po pierwsze jęcząca Majka, po drugie – beznadziejni, egoistyczni i bezmyślni palacze. Bo jak inaczej nazwać takich ludzi, którzy nawet przez dwie godziny, wśród mnóstwa małych dzieci (niejednokrotnie w wózkach) – dymią im nad głowami. Ale przecież palenie jest w imię równości! Zakaz lub choćby pomyślenie i powstrzymanie się w tym miejscu i w taki dzień to za dużo. To atak na wolność i równouprawnienie. Szkoda, że to działa tylko w jedną stronę! Opisują problem do zarządu ZOO otrzymałem odpowiedź, że ZOO rządzi się prawami parku i nie mogą zakazać palenia tytoniu. Dziwne, że wewnętrznym rozporządzeniem nie można tego zakazać i wytyczyć stref dla palących. Nie rozumiem tego!

Wracając do samego zwiedzania – to niestety część zwierząt (jak choćby lamy, wielbłądy czy żubry) nie zrzuciły jeszcze zimowego futerka i wyglądały na trochę obdarte 🙂 Trafiliśmy na jakiś straganik reklamowy którejś z komercyjnych rozgłośni radiowych. Rozdawali krówki, mamby i inne słodycze. Nie wiadomo skąd, niczym szarańcza przelatująca nad łąką, pojawiła się duża gromada dzieci i w parę chwil pożarła wszystko co było możliwe. Pozostawiając oczywiście stragan z parasolem i osobę zachęcającą do brania słodyczy.

Postanowiliśmy kierować się w stronę wyjścia. Wejścia? Nic to – bramy którą wchodziliśmy. W czasie naszego obchodu zdążył się rozstawić placyk zabaw z huśtawkami i trampoliną. Oczywiście kolejki poustawiały się ogromne. Niestety obsługa chyba zapomniała o zasadach bezpieczeństwa, bo chyba dla szybkiego zarobku wpuszczała na trampolinę jednorazowo nawet 10 dzieciaków. Trampolina nie należała do największych. Nie należała też nawet do dużych. Jakieś 240-300 cm średnicy. Szkoda, że kolejnym dorosłym zabrakło oleju w głowie.

Jeszcze jedno zerknięcie na lwa w bezruchu leżącego na skałce i już widać było bramę wyjściową. Lew w takiej samej pozie witał nas tuż po wejściu na teren ZOO. Przyglądałem się – i zdecydowanie był prawdziwy! 😀

Końcówka naszej wyprawy też nie należała do najłatwiejszych. Dziewczyny (najmłodsze) zobaczyły watę cukrową. Nie jakąś tam zwykła. Musiała być różowa! Po wielu okrzykach musiała też być duża. Oczywiście całe były poklejone. A ponieważ kolor był równie intensywny co słodycz samej waty, nie dość że były poklejone, to jeszcze pięknie różowe. Nastało szybkie, 15-minutowe mycie twarzy i rąk mokrymi chusteczkami. Nie należało to do wybitnie łatwych czynności.

I tyle…

Print Friendly