Dziewczyny zabrały ze sobą piękne, duże kapelusze. Trzeba się przecież jakoś ukryć przed palącym słońcem. A pogoda? Miód-malina 🙂 Kierunek – zachód – La Spezia. Zabraliśmy się w dwa samochody i po porannej kawce ruszyliśmy na wycieczkę. Około 170 kilometrów i dwie godziny jazdy.

Słoneczna podróż autostradą niestety na wysokości Altopascio zaczęła przybierać mroczne, ciemno-niebieskie (granatowe) barwy. Nad drogę i samochody nadciągnęła dość duża chmura, która nie zwiastowała tak przyjemnej pogody jak w okolicach Florencji. Ale wracać nikt nie zamierzał. Poza tym – przejechaliśmy już połowę drogi. Ale może pogoda się poprawi. Na pewno minie nas. Po kilkunastu minutach po prawej stronie mijamy Luccę. Nad głowami mamy już zupełnie ciemno i deszczowo. Burzowo i piorunowo.

Przejeżdżamy wzdłuż wybrzeża. Poszukujemy fajnych widoków i mamy nadzieję na zmianę pogody. Miasteczko… małe, spokojne, nadmorskie. Jakie tu mamy morze? Ech… ach… och… Teraz już wiem – Liguryjskie. Rozciąga się mniej-więcej od włoskiego Piombino (wybrzeże Toskańskie) po francuskie Saint-Tropez. Od południa, granicą morza Liguryjskiego jest północne wybrzeże Korsyki i włoska wyspa Elba. Jest zatem „łącznikiem” morza Balearskiego i Tyreńskiego.

No dobra… wracając do miasteczka. Kapelusze można było traktować jeszcze przez jakiś czas jako osłonę przed deszczem. Spacer po wyludnionym miasteczku nie należał do bardzo ekscytujących ale może coś się polepszy. Może coś zjemy? No tak. Siesta więc nie da rady. Możemy zapomnieć o zakupie jakiegokolwiek jedzenia. Z trudem znajdujemy miejsce, w którym możemy się wysikać. Przestało poadać, na horyzoncie pojawiły się fragmenty błękitnego nieba. Można poszukać jeszcze jakiejś fajnej miejscowości. Jedziemy wię dalej. Mając nadzieję, że znajdziemy jakąś plażę – trafiamy do Lerici. Dokładnie do Baia Blu – Residence Hotel e Appartamenti a Lerici La Spezia. Oczywiście nie interesuje nas hotel, tylko morze, plaża i słońce, które żwawiej zaczęło przedzierać się między chmurami. Po chwili mieliśmy już (wreszcie) piękną pogodę. Cieplutko na całego! Hop, siup – do czystej wody. Krajobraz piękny. Skały, piasek, błękit.

Atrakcje nie były jednak w stanie wykiwać głodu. Zbieramy się na dalsze poszukiwania czegoś do zjedzenia. Dojeżdżamy kawałek. Idziemy w miasto pełne atrakcji nadmorskich, hoteli i restauracji. Niestety – siesta do 18:00. Pozostaje europejski banan o odpowiedniej krzywiźnie i odpowiednim odcieniu żółtego. Jakiś zabrany z Bagna kabanos, ciasteczka i chrupki.

Wracamy do domu. W Grassinie – miasteczku nieopodal jest Antichi Sapori –  fajny włoski fast food z makaronami, owocami morza i innymi pysznościami. Nie dość, że smaczne żarcie, to jeszcze tanie.

Zjadamy i wracamy na bagno.

Print Friendly, PDF & Email