Hmm… o co chodzi z tytułem wpisu? Na pewno tym, którzy uczestniczyli w wyprawie tego dnia, będzie dość łatwo go rozszyfrować. Dodam tyle, że dzień był słoneczny, wesoły, zakręcony i w części nieplanowany. Szczególnie tam, gdzie było wąsko i klimatycznie 🙂

A teraz od początku. Zaburzony pion ukazał się nam już po dwóch godzinach jazdy. Nie to, żeby było gorąco, i padło na głowę. Nie chodzi nawet (tym bardziej) o to, że problemy z pionem moglibyśmy mieć po Chianti Classico 🙂 Nic z tego. Znaleźliśmy parking. Zaraz, zaraz. Płatny czy nie? OK… miejsca wymalowane na biało są bezpłatne, na niebiesko – płatne, a na żółto – dla niepełnosprawnych. Wszystko okazało się jasne i czytelne. Kierunek – krzywa wieża. Oczywiście w Pizie – mieście założonym przez Etrusków lub Ligurów, mieście które prawa miejskie otrzymało w 1081 roku. To ponad 85-tysięczne miasto położone jest nad rzeką Arno, około 13 km od morza Tyreńskiego. Idąc wzdłuż murów docieramy do Campo dei Miracoli, na którym stoi jeden z najbardziej rozpoznawalnych zabytków miasta i Włoch. Przed nami nietrzymająca pionu, niespełna 55-metrowa wieża, której budowę rozpoczęto w 1174 roku. Budowa, z przerwami trwała 177 lat. Ostatnie piętro powstało w 1350 roku. Wieża zaczęła się przechylać tuż po rozpoczęciu budowy. Próbowano ją prostować wydłużając kolumny z jednej strony. Jak widać bezskutecznie. Obecnie, to odchylenie ma już 5 metrów. Tak na marginesie – Krzywa Wieża zbudowana jest z białego marmuru. Waży 14000 ton. Na Polu Cudów znajduje się także zbudowana w 118 roku Katedra. Odbudowano ją po pożarze w 1604 roku, ozdabiając kolorowym piaskowcem i płytkami ze szkła. Obok możemy zobaczyć Baptysterium o kilku stylach. Taka mieszanka stylu romańskiego, gotyckiego i renesansu.

Poszwędaliśmy się trochę po polu dookoła zabytków i z pełnym poświęceniem, czołgając się po trawie, wykrzywiając i tworząc figury cyrkowe, popstrykaliśmy miliony fotek. Młodsze dzieci usiadły na chodniku i podśpiewując grały w łapki, próbując zbierać kasę. Być może na następne wakacje. Niestety poszło słabo. ZERO. Weszliśmy w mniejsze uliczki i wciągnęliśmy smaczne lody. No przecież! Jesteśmy we Włoszech! I właściwie to tyle.

Piza nie zrobiła na mnie jakiegoś piorunującego wrażenia. Całe to Pole Cudów nie bardzo pasowało do budowli poza nim. Albo inaczej – budynki miasta kompletnie nie były „zgrane” z tymi największymi zabytkami Pizy. W mieście, oprócz powyższych, znajdują się jeszcze:

  • Museo dell’Opera del Duomo – zawiera skarby Katedry i Baptysterium.
  • Museo Nazionale di San Matteo – toskańska rzeźba i malarstwo związane z Pizą i Florencją.
  • Kościół Santa Maria della Spina – zbudowany w 1230 roku i przebudowany w stylu gotyckim w 1323 roku.
  • Università di Pisa – jeden z najstarszych i najsłynniejszy uniwersytetów we Włoszech. Początki uczelni sięgają XI wieku.

Zmykamy dalej. Przed nami cyrkowa jazda w założonej przez Etrusków Lucce. Trudno było się oprzeć przepięknej karuzeli z mnóstwem zwierzątek, którą ujrzeliśmy wchodząc za mury miasta. No, jak dzieci. Ubaw po pachy :). Oto rodzinne miasto Giacomo Pucciniego. Wiecie, że miasto posiada identyczną flagę co Polska. Tak, tak: biało-czerwoną. Od 1160 roku Lucca stała się niepodległą republiką; a w 1847 r. została przyłączona do Wielkiego Księstwa Toskanii.

Lucca też posiada kilka zabytków:

  • Katedra San Martino – powstawała od XI w. do XIV w.
  • Kościół San Michele in Foro – zbudowany w VII wieku.
  • Piazza dell’Anfiteatro.
  • Fortyfikacje bastionowe – te widać z daleka i z każdej strony.

Jak zwykle w takich miejscach – spacer, zdjęcia. Potem pizza, makaron i inne pyszności do podziału na kilka osób. Trzeba spróbować prawie wszystkiego. I to co jedliśmy było wyśmienite. Po dwóch godzinach ogólnego zwiedzania miasta, w zmniejszonym gronie,  ruszyliśmy w nieznane. Na diabelskie spotkanie w okolice Borgo Mozzano.

140711-174337

Po krętych i niebezpiecznych drogach dotarliśmy na miejsce usiane kolcami i rozżarzonymi diabelskimi węglami. Z daleka widać było ponurą i rozświetloną czerwonością aurę. Roztaczała się nad kamiennym mostem, Ponte del Diavolo, łączącym oba brzegi rzeki Serchio. GPS: N 43.984989,  E 10.553444

Według legendy, za zbudowanie mostu miał być odpowiedzialny S. Giuliano l’Ospitaliere. Ponieważ plan budowy był trudny i niemożliwy do wykonania w tak krótkim czasie, usiadł sobie samotnie na brzegu rzeki i rozpaczał myśląc o hańbie jaka go czeka. Z pomocą przyszedł mu diabeł, który zaproponował przymierze. Rogaty towarzysz obiecał ukończyć most w jedną noc w zamian za duszę pierwszego stworzenia, które pierwsze go przekroczy. Oczywiście diabłowi chodziło o duszę chrześcijańską. No cóż zrobić? Pakt lepszy niż hańba. No i most został wybudowany. Niestety św. Julian Szpitalny (tłumaczenie) miał wyrzuty sumienia. Musiał więc udać się do spowiedzi. Usłyszał, aby paktu przestrzegać, przez most pierwsza powinna przejść świnia. Ta duszy chrześcijańskiej nie ma. Tak też się stało. Jak tylko świnia przeszła przez most, wkurzony i wystrychnięty na dudka czart porwał ją i wrzucił do rzeki.

Zgodnie z tabliczką przy wejściu, Most Diabła nosi inną oficjalną nazwę – Most św. Magdaleny (Il Ponte della Maddalena).  Tę nazwę otrzymał na początku XVI wieku . Ale most został wybudowany między 1080 a 1100 rokiem.

Pozostawiając samochody na poboczu udaliśmy się w jego stronę. Faktycznie robi wrażenie. Rozpiętość prawie 38 metrów. I te widoki z niego! Ach! A jakie diabelskie towarzystwo!

Czas wracać do domu. Takie były założenia. Z małym ale… jeśli będzie coś ciekawego – zatrzymujemy się. Włochy, Toskania, krajobrazy, … Tak też się stało. Co prawda, by dostać się w dostrzeżone, wydawać by się mogło, niesamowite miejsce trzeba było nadłożyć kawałek drogi, zawrócić i precyzyjniej je zlokalizować.

140711-183705

Kierunek już mieliśmy. Pozostało tylko dotrzeć na szczyt. A nie było to łatwe bo droga wyjątkowo kręta  i wyjątkowo wąska. Na tyle ciekawa, że nie mieliśmy pewności czy przejeżdżając przez wzniesienia samochód nie zawiśnie. Ja natomiast miałem spore wątpliwości czy uda mi się przejechać uliczkę nie zarysowując samochodu. Poza tym brak ręcznego na stromych podjazdach to nic fajnego. Drogę pokonywałem więc z duszą na ramieniu. Pewnie odczepiła mi się na Moście Diabła. Na szczęście, po złożeniu lusterek udało się przecisnąć i dojechać na miejsce. Widoki – super. Atmosfera i klimat także niepowtarzalne. Takie miejsce, tacy ludzie. Wszyscy poczuliśmy, że tu czas się zatrzymał. Albo nawet cofnął.

Przechadzając się wśród kamiennych średniowiecznych murów Ghivizzano w Comune di Coreglia Antelminelli dało się faktycznie odnieść wrażenie, że jest to zamknięta wspólnota. Jakby totalnie odizolowana od świata; a z drugiej strony widać otwartość i przyjacielskość do przyjezdnych. Co odczuliśmy. Oczywiście pocztę tu dowożą 😀 A i projekty unijne też są tu realizowane.

Osada jest niewielka – zamieszkuje ją około 1600 mieszkańców. Pierwsze historyczne wzmianki o małym, ufortyfikowanym pałacu Givizzano sięgają 1274 roku. Dane te pochodzą z archiwum rodzinnego Castracani-Antelminelli. Co roku, odbywają się tu różne festiwale: „Norcini a Castello”, szopek Bożonarodzeniowych czy flaków. Niestety nie znam terminów. A flaki lubię 🙂

Mieszkańcy, jakby od zawsze, siedzą na ławeczkach i uśmiechnięci prowadzą spokojne rozmowy. Tu i ówdzie, albo właściwie – wszędzie, koty. Mnóstwo kotów obserwując przybyszów, szuka ofiary, która chętna byłaby do miziania po grzbiecie. Na kamiennych ścianach wiszą kolorowe, pachnące kwiaty. W wąskich uliczkach słychać śmiech bawiących się dzieci. W podcieniach Asia spotyka przyjaźnie nastawione zwierzątko. Zostaje uświadomiona przez chrześniaka, że to nie kupa (jak sądziła) a mały skorpion. W innym miejscu – stoi gotowy do obrony, i może ataku, żuczek. Niech stoi. Mozolnie wdrapując się po schodach dotarliśmy do, niestety zamkniętego, kościoła San Pietro. Zgodnie z informacjami – został zbudowany w 994 roku. Czyli otrzymujemy wcześniejszą datę istnienia Givizzano, aniżeli ta z archiwum Castracani-Antelminelli.

Ponieważ i nam czas się zatrzymał – dobiliśmy do 18:30. Zwijając się na Bagno zahaczamy o bar-pasticcerię z własnymi wyrobami ciast i lodów. Jakże by inaczej. Jeszcze tylko wspólne zdjęcie i księżycowe zakończenie intensywnego dnia po 20:30.

140711-202951

Jakby coś – to niektóre zdjęcia są autorstwa Izy i Artura 🙂

Print Friendly, PDF & Email