Poranek przynióśł zdrętwienie nogi i ręki. Piotr powoli otworzył oczy. Beaty nie było w łóżku.
– Pewnie poszła do kuchni – pomyślał.
Ociężale wstał do łazienki. Stanął nad umywalką i jak zwykle wpatrywał się w lustro, szukając oznak choroby.

To był dobry czas na obsarwację odruchów mięśni twarzy i rąk. Niestety wydawało się, że choroba kolejny już raz daje o sobie znać. Umył się szybko, ubrał i zszedł do salonu.
– Wszędzie cisza – z niepokojem stwierdził Piotr. – Gdzie się wszyscy podziali?
Obszedł mieszkanie ze sporym trudem i niestety ani Beaty ani Zuzi nie było.
– Pewnie poszli na spacer – wyjaśnił sobie Piotr.
Szybko wypił czekającą w salonie herbatę z cytryną. Założył buty i udał się do wyjścia. Ogromny niepokój i zdziwienie wywołał stojący orzy wyjściu wózek inwalidzki. Pięknie obwiązany czerwoną wstęgą zakończoną ogromną kokardą. Wział go pod pachę i chwilę później siedział już w samochodzie. Drętwienie twarzy narastało, czucie w rękach i nogach nie pozwalało nawet uruchomić samochodu, o jeździe nim nie wspominając. Do telefonu znajdującego się w kieszeni, Piotr nawet nie mógł sięgnąć. Pozostał w samochodzie sam, bez możliwości kontaktu z żoną czy rodziną. Zaczął panikować. Nie dość, że stan zdrowia nie pozwala mu na funkcjonowanie, teraz na jakikolwiek ruch, to jeszcze nie ma możliwości poinformowania, że siedzi w samochodzie zaparkowanym w garażu. Panika, panika. Tylko tyle towarzyszyło Piotrowi w tej chwili. Strach i niemoc dodatkowo paraliżowały Piotra.
– Pomocy! Beata! Ratunku! – zaczął głośno wydzierać się.
Ponieważ nie mógł otworzyć drzwi i okna, jego krzyki raczej nie mogły zostać usłyszane. Zamknięte, automatyczne drzwi do garażu nie pozwalały na to, by ktokolwiek mógł usłyszeć czy zobaczyć Piotra w samochodzie. Jedno co mógł zrobić Piotr, to obserwować w lusterkach drzwi garażu i wewnątrz ten wózek inwalidzki, który zabrał z domu.
– Pomocy, Beata! Jestem tutaj! – powtórzył Piotr.
Cały oblany potem i zdenerwowany Piotr poczuł dotyk na swoim ramieniu.
– Beata, znalazła mnie – pomyślał.
– Piotr, Piotr! Obódź się! – szarpiąc ramię Piotra, stanowczym głosem odezwała się żona.
– O kurczę. Dobrze, że jesteś. Znów ten sen. Jednak boję się tej choroby. Co będzie po dwóch latach? A jak się pogorszy, i ten wózek będzie dla mnie? – ogromem krótkich zdań zasypał Beatę.
– Będzie dobrze – pocieszyła go Beata, przytulając się do Piotra.
– Muszę chyba wstać do roboty?
– Przecież masz jeszcze zwolnienie. Masz odpoczywać i wracać do zdrowia.
– Tego to akurat nigdy już nie będzie.
– Będzie, będzie. Uwierz w to. Ja wierzę.
– Taaak – z niedowierzaniem przytaknął.
Wieczór zapowiadał się równie ciekawie jak ten w szpitalu. Lekarka twierdziła, że jeszcze kilka iniekcji może powodować zaburzenia grypopochodne.
Piotr poprosił Beatę o pomoc przy wykonaniu zastrzyku.
– Dziś chcę zrobić w ramię – oznajmił żonie Piotr. – Możesz zrobić mi zastrzyk?
– Mogę spróbować.
Piotr przygotował zastrzyk, załadował do automatu i objaśnił co należy zrobić. Beata przyłożyła automat do lewego ramienia Piotra i nacisnęła magiczny czerwony guzik. Automat wystrzelił, wbił igłę w skórę i po chwili oznajmił dzwonkiem, że iniekcja została zakończona. Niestety dzwonek był na tyle głośny, że Beata wystraszyła się, odwróciła głowę i szarpnęła automat w dół. Zgrzyt przejeżdżającej igły po skórze Piotra był nie mniej świdrujący od tego, który wydobywa się po przejechaniu paznokciem po tablicy.
– Auuuuł – krzyknął Piotr.
– Przepraszam.
– No… chyba jednak będę sam robił zastrzyki.
Faktycznie, to był pierwszy i ostatni raz, kiedy Piotr poprosił Beatę o pomoc przy iniekcji.
Tydzień później, po ponad miesięcznym zwolnieniu, Piotr za namową żony, lekarzy i znajomych zapisał się do stowarzyszenia chorych na stwardnienie rozsiane. Wrócił do pracy i starał się funkcjonować w miarę normalnie. Jednak ciężar choroby skłonił Piotra do rozmów z psychologiem pracującym w stowarzyszeniu. Tygodnie spotkań, godziny rozmów zaczęły przynosić porządane efekty. Nie było jak wcześniej ale było przyzwoicie. Lęki towarzyszące Piotrowi pojawiały się nadal, jednak z mniejszą częstością niż wcześniej. Niejednokorotnie wykonując w ciągu dnia pracy pewien ciąg zdarzeń z kalendarza, Piotr czuł się zagubiony. I mimo, że w danym dniu nie miał wiele pracy, Piotr nie potrafił tego ogarnąć. Panikował i musiał robić sobie przerwę dłuższą niż zazwyczaj. Starał się wówczas tłumaczyć, że tych kilka zadań z tego dnia można wykonać wolniej, jutro lub poprosić kolegów o pomoc. Miał to szczęście, że pracodawca i koledzy z pracy byli równymi ludźmi. Piotr nigdy nie bał się mówić o swojej chorobie. Zawsze powtarzał: „To najgłupsza rzecz wstydzić się swojej choroby. Tym bardziej, że nie ma się na nią wpływu, i nie miało się wpływu na fakt pojawienia się jej w swoim życiu…”

Minęły dwa lata i przyszedł czas na wizytę kończącą dwuletni program leczenia. Rozczarowań było co niemiara.

Print Friendly, PDF & Email