Wzdychając i kręcąc szybko głową wracał do swojego pokoju. W pokoju Piotra znajdującym się w podziemiu było dziewięć boksów oddzielonych gipsowymi ściankami. W jednym z nich stała sporej wielkości oszklona szafa komputerowa, w której zamiast profesjonalnych komputerów można było znaleźć średniej klasy biurkowe jednostki.

– Działają. – Mówił zawsze Tomek – i tylko to się liczy. Grzebał w nich dość często bo ciągle coś szwankowało. Ale zawsze dawał sobie z tym radę.
Piotr patrząc na to swoim nieprofesjonalnym wzrokiem zawsze odpowiadał:
– Pewnie już nie długo.
Piotr wszedł do pokoju, jak zwykle pełnego pracowników z różnych działów. Takie tam pogawędki.
– Kurwa mać! – przekraczając głośność odrzutowca dał wyraz swojemu niezadowoleniu. – Spieprzajcie stąd z tymi fajkami. Tak trudno jest wam palić w palarni?! Ciągle tu dymicie jak stare parowozy, aż nie ma czy oddychać. – dodał stanowczo, choć już trochę ciszej niż poprzednio.
Zdziwieniu garstki palaczy nie było końca. Piotr był przez wszystkich zawsze uważany za cichego i nieprzeklinającego kolegę. Taki był faktycznie. Nikt z obecnych przy tym zdarzeniu, nigdy wcześniej nie znał go z tej strony. W ciszy
i pośpiechu zgasili papierosy i wyszli na zewnątrz.
W pokoju oświetlonym mieszaniną światła jarzeniowego i odrobiną wpadającego przez okienka słońca zapanowała przynajmniej piętnastominutowa cisza.
Piotrowi zawsze wydawało się, że był lubiany. Takie tam egoistyczne podejście. Teraz, gdy słychać było tylko szum komputerów i szybko kręcących się wentylatorów stwierdził pod nosem:
– Mam przesrane.
W chwilę później, jakby słysząc słowa Piotra, zza ścianki wychylił się Tomasz mówiąc:
– No! Z tej strony nie znaliśmy ciebie – dodając jeszcze – wreszcie ktoś zrobił porządek z palaczami.
I faktycznie, niepalących z pokoju Piotra było znacznie więcej niż tych trucicieli z pożółkłymi palcami. Piotr, nigdy nie palący, od dłuższego czasu starał się walczyć z nimi. Niestety mógł to robić tylko słowami. Do tej walki zawsze, kiedy mogła, przyłączała się także żona Piotra. Niestety możliwość wspierania mogła wykorzystywać jedynie w domu. Krytykowała beznadziejne tłumaczenie mówiące o dyskryminacji palaczy.
W ledwo słyszalnym radio rozbrzmiewał hejnał mariacki.
– No chłopaki, czas zamawiać żarcie – radośnie wykrzyczał Marcin, który ni stąd ni zowąd zjawił się wreszcie w pokoju. Koledzy Piotra, i on także czasami, wyjeżdżali na miasto w sprawach służbowych. Przeważnie udawało się wracać na jedzenie do biura. Atmosfera zawsze była niepowtarzalna.
– Ty nie zasłużyłeś na jedzenie – usłyszał w odpowiedzi Marcin – włóczysz się pół dnia zamiast pracować – żartem dodał Piotr
i złapał za słuchawkę telefonu.
Sytuacja nie wyglądała dobrze. Tomasz dostrzegłszy minę Piotra już wiedział, że dostawa chińszczyzny wisi na włosku
– Co jest? – spytał pomimo, iż domyślał się odpowiedzi.
– Linie telefoniczne w biurze nie działają – szybko wybełkotał Piotr – miejmy nadzieję, że nie w całej dzielnicy. Spróbuję z komórki.

Print Friendly, PDF & Email