Zamknął na chwilę oczy by odpoczęły. Ból jednak nie mijał a źrenice, pomimo zamkniętych powiek, szalały w każdą stronę. Otworzył oczy by po chwili je znów zamknąć.

Nie dość, że oczy rozbiegały się jak kameleonowi, to Piotr nie mógł uchwycić ostrości żadnego punktu w ich zasięgu. Był przerażony, a uśmiech, który jeszcze kilkanaście minut wcześniej widoczny by na twarzy Piotra, całkowicie już zniknął. Rysował się jedynie strach i przerażenie. Kolejny już raz w dniu dzisiejszym.
– Co się dzieje? – ponownie zadał sobie pytanie.
Po kolejnych kilkunastu, może kilkudziesięciu minutach ból oczu minął, pozostał jednak problem z widzeniem. Całość sytuacji uzupełniał narastający brak czucia lewej nogi i prawej ręki. Niczym owinięte folią spożywczą kończyny słuchały się mózgu Piotra i wykonywały jego polecenia, jednak brak było czucia na skórze. Piotr zaczął wpadać w panikę.
– Cholera, co się dzieje? Co robić?
Natłok negatywnych myśli zaczął kołatać się w głowie Piotra niczym tłoki w silniku starego diesla. Wciąż zadawał sobie to jedno pytanie:
– Co się dzieje?
Nagle myśl. Całą sytuację zaczął zrzucać na barki chińszczyzny, którą jadł w pracy na obiad.
– Mogłem nie kupować! – złościł się pod nosem – tyle mitów było o żarciu robionym z psa czy szczura. Może jednak to prawda?
Zaczął zdawać sobie sprawę z sytuacji w jakiej się znalazł. Nie chciał jednak dzwonić do żony żeby nie jej stresować.
– Może przejdzie zaraz – pocieszał się chcąc ruszyć w dalszą drogę – może chociaż na tyle żeby dojechać do domu.
Wysiadł z samochodu i zamknął go. Chwiejnym krokiem skierował się na pobliski deptak. Usiadł na ławce i znów przymknął oczy by zacząć myśleć co się właściwie wydarzyło. Całym tym bałaganem ze swoim ciałem zaczął obarczać na zmianę chińszczyznę z pracy i Boga. Piotr wiedział, że takie przemyślenia pewnie mają niewiele wspólnego z tym co mu się właśnie przydarzyło ale na nic więcej w tej chwili nie było go stać. Nerwy, stres, panika, przerażenie i parę jeszcze innych negatywnych odczuć zaczęło go osaczać nie pozwalając rozsądnie myśleć. Czas niepewności ciągnął się w nieskończoność. Chcąc wreszcie ruszyć się do samochodu, zorientował się, że nie może podnieść się z ławki. Czuł się jak przyklejony, przybity do niej. Był przybity w każdym znaczeniu tego słowa.
Pozwolił sobie na proste i dobitne, choć ciche skomentowanie tej sytuacji: – Cholera.
Pocieszył się i lekko uśmiechnął pod nosem stwierdzając, że było ono mniej wulgarne niż to w pracy.
Piotr, w związku z brakiem kontroli czasu, nie zdawał sobie sprawy, że na siedzeniu na ławce zeszło grubo ponad dwie godziny. Przymusowy, spędzony czas na ławce nie był jednak taki zły. Pozwolił Piotrowi odsapnąć od całego zgiełku i wyciszyć się. Oczy wreszcie wróciły do w miarę poprawnego funkcjonowania. Nie było idealnie ale na tyle dobrze by móc wsiąść do samochodu i ruszyć w drogę. Zmienił się kierunek podróży. – Czas wracać do domu – pomyślał.
Problemem nadal były odczucia skórne nogi i ręki oraz myśl jak pogadać z żoną.

Print Friendly