Po chwili wysłuchiwania muzyki poważnej, zamówienie udało się złożyć.
– Na szczęście mają telefonię internetową. Dostawa będzie za czterdzieści minut – z uśmiechem na twarzy Piotr poinformował zainteresowaną grupę kolegów.

Czekając na obiad rozmawiali o tym co się stało tego dnia w pokoju. Wszyscy już wiedzieli gdzie muszą chodzić na papierosa a Piotr miał pewność, że relacje w pracy nie zmieniły się. Dostawca chińszczyzny przybył po pół godzinie
i nastąpiło rozdzielanie zamówień. Gwar, hałas i towarzyszący chaos całkowicie rozluźniły atmosferę w pracy. Ten dzień pracy (w pracy) można było już uznać za udany. Piotr wreszcie zapomniał o tym co go spotkało z samego rana. Samopoczucie wreszcie wróciło do pozytywnego poziomu.
Posiłek, w tak licznym gronie i w takich spartańskich warunkach to nie lada wyzwanie dla każdego kto próbuje jeść widelcem i nożem trzymając jednocześnie w rękach styropianowy pojemnik do żywności. Nie wszystkim ta sztuka się udawała więc padła propozycja aby złączyć stoły i po ludzku usiąść do jedzenia.
– Skoczcie jeszcze po jakieś krzesła – rzucił ktoś z tłumu.
W ciągu kilku chwil pokój został przeorganizowany w jadalnię, co pozwoliło zjeść posiłek w całkiem normalnych warunkach. Oczywiście taka organizacja pracy skutkowała przedłużającymi się pogawędkami i sympatycznym klimatem aż do godziny 16:00. Wtedy też większość stwierdziła:
– Pora zbierać się do domu.
– Kto może do domu ten jedzie – temat podjął Piotr – ja jeszcze muszę zmykać na miasto. Dla mnie to nie koniec pracy.
W kilka chwil wyłączył swój komputer, zabrał czerwoną koszulę w bordowe pasy i udał się do drzwi radośnie krzycząc z uśmiechem:
– Cześć wszystkim. I nie ważcie się tu palić!
Żwawym krokiem i z radością wypisaną na twarzy udał się do zaparkowanego przed budynkiem samochodu. Ruszył do centrum. W planach miał zrobienie zakupów dla firmy. Mijając kolejne skrzyżowanie na zielonej fali, Piotr poczuł się nieswojo. Kontrolowane prze niego oczy zaczynały odmawiać posłuszeństwa. Obserwując drogę, lusterka zewnętrzne i wewnętrzne czuł, że w tym wszystkim brakuje płynności. Niczym w filmie obraz stawał się zwolniony i rozmazany. Różnica była jednak w bolesnym odczuciu tego efektu. Sytuacja stała się niekomfortowa na tyle, że musiał w dość niebezpieczny sposób zjechać ze środkowego pasa na chodnik po prawej stronie. Zatrzymał się i zgasił silnik.
– Co jest grane? – z niemałym przerażeniem głośno wypowiedział pytanie.

Print Friendly, PDF & Email