– Kolejny dzień do kitu – stwierdził, przeglądając się w lustrze jak poprzednio.
Gibanie się nad umywalką przypomniało Piotrowi lata studiów i nienajlepiej kończących się imprez. Różnica polegała na tym, że ówczesne gibanie wykonywał nad kibelkiem.


Na twarzy Piotra zarysował się uśmiech. Umył jeszcze raz twarz. Tym razem zimną wodą. Miał nadzieję, że taki zabieg pozwoli mu wrócić do pionu i utrzymaś się w tej pozycji przynajmniej kilka godzin.
Spojrzał na zegarek, i jak oparzony wskoczył w adidasy i wybiegł do przychodni. Kolejka, jak zwykle, niczym w PRL’u.
Mimo to ustawił się na końcu w nadziei, że dostanie numerek do lekarza. W tej chwili pomyślał, że nie interesuje go, czy dostanie numerek. W swojej sytuacji musi po prostu go zdobyć. Popatrzył na tych wszystkich, którzy czekali na otwarcie recepcji. Słuchając rozmów otaczających go ludzi miał jasność, że większość z nich przychodzi do lekarza na konwersację. Wiedzą czego chcą, wiedzą co im dolega. Wydaje się, że są mądrzejsi od lekarza.
– Wreszcie – powiedział ktoś na widok recepcjonistki siadającej po drugiej stronie szyby.
Numerki schodziły jak ciepłe bułeczki. Do okienka podchodzili kolejni pacjenci. W tym czasie dzwonił, i dzwonił recepcyjny telefon. Dzisiejsza technika teoretycznie pozwala umówić się do lekarza bez dwukrotnego przychodzenia.
– Jak ma odbierać, skoro sama siedzi w okienku? – w myślach zadał sobie retoryczne pytanie. – Jak ma umówić się do lekarza osoba, która nie jest w stanie przyjść samodzielnie do przychodni – dopowiedział sobie.
Po kilkunastu minutach przyszła kolej na Piotra. Jak się okazało załapał się na ostatni numerek w tym dniu.
– Na 14:00 – usłyszał zza szyby – pasuje?
– Co ma nie pasować. Biorę co dają – z sarkastycznym uśmiechem odpowiedział Piotr.
Wrócił do domu by zjeść śniadanie.
Kilka godzin później znów był w przychodni.
– Kto z Państwa ostatni? – zapytał
W odpowiedzi zobaczył uniesioną rękę osoby, która stwierdziła, że mamy półgodzinne opóźnienie.
– Trzeba czekać i już – ktoś dopowiedział.
Kolejne minuty spędził w zatłoczonej i dusznej poczekalni. Wreszcie mógł wejść do lekarza.
Opowiadając swoją historię, Piotr wiedział, że lekarz nie musi go słuchać. Ocenę zdrowia przeprowadził już po pierwszym zdaniu.
– Przepiszę Panu zastrzyki domięśniowe. Przez pięć dni proszę przychodzić do gabinetu zabiegowego, tam pielęgniarka je wykona.
– To pomoże?
– Oczywiście, że pomoże. Nic szczególnego Panu nie jest.
Piotr uważał, że jego objawy jednak nie są czymś zwykłym, i znów wyłączając się, słyszał tylko niewyraźne „ble, ble, ble”
– Dziękuję, do widzenia – szybko wstał z kozetki, wyszedł z przychodni i skierował się do apteki.
Żeby dzień nie był taki różowy na jaki i tak się nie wydawał, okazało się, że brakuje jakichś bzdetów na recepcie, i Piotr miał dwie opcje, które wyrecytował farmaceuta:
– Może Pan wrócić do przychodni i poprosić o uzupełnienie danych lub zakupić te zastrzyki bez zniżki.
– Raczej nie widzi mi się chodzenie tam i z powrotem więc proszę o realizację na 100%.
Wielce uradowany niemałym wydatkiem, Piotr wrócił do domu z siateczką lekarstw. Po drodze jednak zahaczył o gabinet zabiegowy, gdzie otrzymał pierwszy zastrzyk.

Print Friendly, PDF & Email