Ucieszyliśmy się kiedy mogliśmy powitać gości z zagranicy 🙂 I my i dziewczyny bardzo cieszyliśmy się na to spotkanie. Spotkanie spotkaniem, ale fajnie byłoby gdzieś wyskoczyć, zrobić coś by rozruszać kości, odetchnąć lepszym powietrzem i nabrać trochę sił. Stagnacja jest niewskazana. Tym bardziej że cyferki na wadze zaczęły niemiłosiernie zwiększać się podczas tego jesienno-zimowego okresu. Brrrr!

Ale od czego jest Internet i Facebook. Cel został znaleziony i namierzony. Tokarnia. A w Tokarni kulig! A że sypnęło śniegiem, to okazję trzeba wykorzystać. Łapię telefon i próbuję ustalić termin. Sobota i niedziela totalnie obłożona. To może zrobimy kontrolowane wagary i zarezerwujemy coś we wtorek. O tak! Godzina 12:00 to dobra godzina. W planach godzinna przejażdżka saniami, zwiedzanie Skansenu i przygotowane ognisko. Po prostu odjazd. Tym bardziej, że cena wcale nie powala na kolana. Można by powiedzieć więcej… jest całkiem przyzwoita.

Wszyscy zaakceptowali plan. Wstajemy więc o 7:00, szykujemy prowiant, przygotowujemy herbatę z sokiem malinowym i obładowani kocami i dziesiątkami ciepłych ubrań ruszamy na południe. W dobrych humorach opuszczamy Warszawę. Śniegu jednak jest jak na lekarstwo, a pomimo optymistycznej prognozy słońce nie ma ochoty wyjrzeć zza chmur i gęstego powietrza unoszącego się od jakiegoś czasu nad Polską. Ale nadzieja umiera ostatnia.

Iza próbuje zadawać zakazane w samochodzie pytania: „daleko jeszcze? o której będziemy?”. Wiedząc, że jeśli Majce uruchomi się zakodowany wcześniej program, może dojść do awantury, szybko ucinamy temat pytań. Szybko! 🙂 Pomimo naszych obaw podróż przebiega sprawnie, a ukazujący się nam śnieg za Kielcami i mozolnie przedzierające się słońce dodaje otuchy.

Docieramy sporo przed czasem. Ale to dobrze. Trzeba przecież wysiąść. Ubrać się, ogarnąć… Część towarzystwa dała radę. Ale nie ja. Wysiadam z auta. Wyciągam z bagażnika ocieplane, ortalionowe spodnie. Buty zimowe, kolejne skarpety, szalik i świeżo kupione rękawiczki. Czas zacząć przedstawienie. Zdejmuję adidasy, wkładam drugie skarpety i próbuję wciągnąć grube spodnie. Pisałem już, że nienawidzę zimy!? Przestępując z buta na but, niczym zapaśnik sumo, staram się opracować metodę jak najszybszego ogarnięcia się. Idzie ciężko. Bo by było ciepło ubrany już teraz jestem grubo: na gacie zachodzi t-shirt, na t-shirt nachodzą kalesony, na kalesony nachodzi bluzka z długim rękawem, na bluzkę z długim rękawem nachodzą sztruksy. Potem jest jeszcze bluza z kapturem i gruba kurtka. Kurtkę muszę ściągnąć bo grube, ortalionowe spodnie są z szelkami. O! Udało się! Skarpety założone. Buty założone. Kurtka też na miejscu i nawet przystroiłem się szalikiem i grubą czapką z nausznikami. Ciepło ponad wszystko. Teraz na to wszystko muszę założyć plecak z przytwierdzonym prawie – wojskowym, dwulitrowym termosem. Samemu nie dam rady!

Wyglądając niczym napompowane ludziki Michelin robimy fotkę przed wejściem i oczywiście meldujemy się na Facebook’u. Kupujemy bilety. Przed nami kilka godzin na śniegu i mrozie. Więc pada hasło: „kto idzie siku?”. Cholera! Mi się chce! Ale jak pomyślę ile warstw mam na sobie to zawieszam się w swoim przekonaniu. Ale jak mus to mus. 😉 Więc zdejmuję kurtkę i po kolei przedzieram się przez warstwy. A potem jeszcze raz – w drugą stronę. Przy okazji jedne z drzwi łazienki zacinają się i potrzebna jest pomoc byśmy znów byli wszyscy w komplecie. Po czterdziestu minutach ubierania się, rozbierania się, sikania i kolejnego ubierania jesteśmy gotowi na zimową podróż po Tokarni. Słońce już na dobre zagościło na niebie. Temperatura w okolicach sześciu kresek poniżej zera – to dobra temperatura.

Do dwunastej mamy chwilę więc oprowadzamy Izę i Adę po kilku domach umiejscowionych najbliżej punktu, z którego mamy ruszyć saniami. Tak przy okazji… wiecie dlaczego kiedyś malowano kuchnie na niebiesko? Albo dlaczego w chałupach były takie małe łóżka? Jeśli chcecie podzielcie się swoimi teoriami w komentarzach.

Rozpoczynamy nasz kulig, właściwie przejażdżkę saniami po części Skansenu. Fajnie. Nie dość, że bardzo przyjemnie to uświadamiamy sobie, że zimą nas tu nie było. To wszystko wygląda pięknie, inaczej. A światło zimowego słońca dodaje barw i niezwykłej wyrazistości całej scenerii. Ognisko przygotowane. Bijące od niego ciepło, skupia nas wokół i pozwala odzyskać sprawność w palcach rąk i nóg. Wyciągamy prowiant i delektujemy się pieczonymi na ognisku kiełbasami. Trzeba przyznać, że jest naprawdę przyjemnie.

Nasyceni idziemy zwiedzać pozostałe chaty, zagrody i wszystkie te miejsca, do których zimą można się dostać. Ponieważ w miesiącach zimowych Skansen otwarty jest krócej, kończymy wizytę z nastawieniem odwiedzenia Chęcin. Tu jednak też do 15:00. No cóż… innym razem. I znowu: buty, skarpety, kurtka, spodnie. Adidasy, kurtka, czapka, szalik. Muszę powiedzieć, że pewien mechanizm zimowego ubierania się mam już opracowany. Teraz pozostaje doszlifować go i skracać czas, osiągając stan gotowości coraz szybciej 🙂

Print Friendly, PDF & Email